Dzieje się coś ważnego. Czuję, że nadchodzi jakiś przełom. Od kilku dni toczy się we mnie naprawdę zacięta walka między moją zaburzoną a zdrowszą częścią. Bodajże przedwczoraj byłam pewna, że z mojego zdrowienia nic nie wyjdzie. I powiem szczerze, że myśl tą przyjęłam z ulgą. Bo najgorsze w tym wszystkim jest ciągłe niezdecydowanie. Zdrowieć – nie zdrowieć. Chudnąć – tyć. (Prawda, że „wystarczyłoby” chcieć po prostu żyć?) Podejmując decyzję „dosyć walki z wiatrakami” mogłabym sobie znów spokojnie „popłynąć”. Ale znając moją determinację, na końcu spływu czekałaby mnie śmierć z wycieńczenia. Śmierć. Jaki człowiek jest w stanie zgotować sobie taki los? Jak to możliwe, że można aż tak cierpieć?? Wciąż tego nie pojmuję. Nigdy tego nie pojmę. Tego się nie da opisać słowami, to trzeba po prostu poczuć. Ale ja nie chcę tego czuć nigdy więcej. Anoreksja jest piekłem, przerażającym. Ale perfekcyjnie potrafi namotać w głowie osoby zaburzonej, wymazać jej z pamięci wszystkie koszmarne chwile, dopuszczając do świadomości jedynie uczucie euforii, które z czasem pojawia się już jedynie sporadycznie. Ale to wystarczy. Wydaje mi się, że pragnienie tej euforii porównać można do obezwładniającej potrzeby doznania fazy przez narkomana. Anorektyczka pragnie swojej „fazy”; poczucia siły i „nadludzkiej” wielkości. Przychodzi moment manii. Ale na prawdę krótki moment. Kilka chwil później wszystko jest już złudzeniem. A rzeczywistość nie toleruje złudzeń, szybko sprowadza na ziemię. Nie zostaje NIC. Tylko rozpacz i żałość. Anoreksja nie oferuje NICZEGO, anoreksja sieje jedynie spustoszenie, zarówno w ciele jak i w umyśle.
I ja jej już nie chcę. W jakiś sposób wciąż potrzebuję, ale nie chcę! Zbyt wiele czasu ze swojego młodego życia jej poświęciłam. Tak bardzo tego żałuję… :( Jednocześnie czuję paraliżujący strach przed „pustką”, która po niej pozostanie. Bo na pewno będzie mi czegoś brakować…W końcu stała się ona częścią mnie…Ale tłumaczę to sobie, że rak również jest częścią chorego, a jednocześnie by mógł on żyć, konieczne jest pozbycie się nowotworu.
Rozgrywa się więc we mnie wykańczająca wojna, jestem prawie cała pochłonięta myślami o tym, co się ze mną dzieje. Trudno mi się skupić na czymkolwiek innym, a życie przecież nie zatrzyma się specjalnie dla mnie, aż uda mi się zakończyć tę batalię. Mam nadzieję, że moje codzienne sprawy nie ucierpią na tym za wiele. Wychodzę jednak z założenia, że skoro tyle czasu zmarnowałam na zaburzenie jedzenia, które stało się centralnym elementem całego mojego jestestwa, to mogę go jeszcze trochę poświęcić na te dramatyczne i rozstrzygające chwile. Boże, dzięki Ci za weekend. Potrzebuję tych kilku dni dla siebie…