Dokładnie tak jak w tytule notki…Tak bardzo chciałabym żyć ze sobą w przyjaźni. Dziękować swojemu ciału za to, że jest. Umieć odpowiednio się nim opiekować i szanować je. Za to, że tyle przeze mnie wycierpiało. Że tyle przeszło. Że mimo tak wielu tortut, którym je poddałam, ono się nie poddało. Dzięki niemu żyję. Mogę chodzić, uczyć się, odkrywać świat. Dlaczego do tej pory traktowałam je jak wroga? Co ono mi takiego zrobiło, jaką krzywdę wyrządziło? Dlaczego całą złość i nienawiść do tego świata kierowałam na siebie? DLACZEGO? Boże, wybacz mi. Jest mi aż słabo z żalu. Jak to możliwe, że człowiek potrafi tak krzywdzić…sam siebie? Kiedyś wmawiałam sobie, że anoreksja to nie choroba psychiczna. A jeżeli tak, to ja w takim razie nie jestem chora. Bo jeżeli chciałabym, w każdej chwili mogłabym z tym skończyć. To dlaczego wciąż nie mogę…? Dlaczego to się ciągnie już tak długo? Tak wiele swojego cennego czasu straciłam na ciebie, anoreksjo! Wiele jeszcze ofiar upolujesz, ale ja nie będę jedną z nich! Odbijam się od dna, zdradziecka kreaturo. I nie zabieram cię już ze sobą.