chce-zyc blog

Twój nowy blog

Bardzo trudno przychodzi mi pisanie tego bloga. Mam tyle rzeczy do
powiedzenia, niemniej jednak ciągle mam wrażenie, że nie mam po co
pisać, że nie powinnam pisać, że moja pisanina i tak nic nie wniesie do
nieogarnionego świata wirtualnego journalingu. A jednak potrzebuję mieć
takie miejsce w sieci, gdzie bez większego skrępowania mogłabym pisać
co mi siedzi na tak zwanej wątrobie. Chciałabym, żeby to na prawdę było
bez skrępowania. Jestem już bardzo zmęczona ciągnięciem swojej
egzystencji na zasadzie „przepraszam, że żyję”. Od zawsze mam wrażenie,
że jestem „niżej”, „za”, a czasami nawet, że w ogóle nie powinno mnie
być. Do tej pory nie uświadomiłam sobie jeszcze, dlaczego
tak się dzieje. Dlaczego widzę siebie jako reprezentanta gorszej
kategorii ludzi. Coś jest z moją głową nie tak, a ja wciąż nie wiem co.

„No one is going to love you if you don’t love yourself”

Ja
to wiem doskonale. I wiele razy wydawało mi się, że mimo wszystko udało
mi się już zaakceptować siebie i nawet pokochać. Już przecież tyle
czasu poświęciłam na terapię. Mam za sobą tyle przegadanych godzin w
gabinecie psychologicznym…Było lepiej. Jest lepiej?? Świadomie
pracuję nad zmianą swojego myślenia, jest to bardzo ciężka praca, ale
wykonuję ją i zawsze wierzyłam, że ma sens, że przyniesie oczekiwany
rezultat. Może to tylko moje gorsze dni…ale w tym momencie chyba
przestałam już wierzyć…Będąc wśród ludzi, w momencie zwiększonej
samoświadomości, w głowie mam tylko jedną myśl; jesteś gorsza, niż oni…Dlaczego jestem gorsza, w czym jestem gorsza?? – pytam samą siebie. Popatrz na siebie, jesteś żałosna. Jesteś głupia. Jesteś śmieszna… To
nie jest konkretna odpowiedź. Dostrzegam jej absurdalność. Jednocześnie
czuję swoją słabość. Poddaję się tym słowom, zaczynam im wierzyć.
Szybko daję za wygraną, nie mam odwagi mierzyć się z własnymi myślami.
Przecież one są moje. Dlaczego miałyby mnie oszukiwać? Może muszę się z
tym po prostu…pogodzić?

Jak się pokonuje własne myśli? Czy to jest w ogóle możliwe??

Dużo już czasu upłynęło od pierwszego wpisu. Właściwie codziennie
zastanawiałam się co mogłabym napisać. I codziennie dochodziłam do
wniosku, że nie jestem w stanie nic sensownego skomponować…Pewnie to
dlatego, że w moim zamyśle blog ten miał być optymistycznym świadectwem
procesu wychodzenia z anoreksji, odnajdywania siebie, szukania
odpowiedzi na pytanie „kim jestem”….a w ostatnim czasie niewiele
pozytywnego pod tym względem się działo. Właściwie było (i jest) mi
wstyd, że sprawy toczą się jak na razie w przeciwnym kierunku. Być może
znów jestem dla siebie zbyt wymagająca, a być może tym razem mam rację
co do swojego niezbyt pewnego stosunku do całego tego procesu
zdrowienia. Na razie nie zdrowieję. Raczej stoję w miejscu. Według bmi
dalej jestem wychudzona, ale już nie wygłodzona. A przyznać się muszę,
że bardzo ciągnie mnie do powrócenia do tamtego stanu. Co w nim było
takiego pociągającego? Zupełnie nic. Nie ma w tym żadnej logiki. Po
prostu im bardziej jestem „chora”, tym bardziej czuję się sobą. Dlatego
tak tęsknię do tych kilku kg mniej, bo źle mi bez siebie…Jednocześnie
wiem, że to jedynie iluzja, nic nie warte złudzenie. Ja to nie moje
ciało i kilogramy ale to, co sobą reprezentuję, jak żyję. A może to
tego boję się najbardziej? Tego, że gdy porzucę moją chorobę, tak
naprawdę zostanę….nikim? Bo teraz jestem KIMŚ. Jestem anorektyczką,
przynajmniej mam tożsamość!

Pamiętam okres, kiedy trochę lepiej
mi sie powodziło. Powoli rezygnowałam z choroby, wydawało mi się, że
teraz będzie już tylko lepiej. Przestałam tak bardzo siedzieć w „tym”
świecie, zyskałam bardzo dużo czasu…dla siebie. Zaczęłam wolontariat,
zaczęłam wychodzić do ludzi…I wtedy podziało się coś, czego – myślę -
obawiam się teraz najbardziej. Okazało się, że nie daję rady. Że to
wszystko jest dla mnie za trudne. Że dzieci z domu dziecka są dla mnie
za dużym wyzwaniem, że zawieranie nowych znajomości zbytnio mnie
przytłacza….PRZERAZIŁAM SIĘ! Odnajdywałam życie, o którym zawsze
myślałam, że tak je właśnie chcę prowadzić i nagle uświadomiłam sobie,
że to nie jest to… Więc co ja mam w życiu robić? Kim mam być??
Studiuję psychologię. Mam w przyszłości pracować z ludźmi, dla ludzi.
Zresztą wydaje mi się, że moje życie będzie miało sens jedynie wtedy,
kiedy będzie mogło służyć innym. A ja nie daję rady…nie daję
rady…boję się takiego życia, NIE UMIEM być dla innych!

Powoli
zaczęłam wracać do NIEJ, bo ją znałam, bo ona była zawsze przy
mnie…Wiem, że to tchórzostwo. Jednak rezygnacja z choroby oznacza
konieczność znalezienia czegoś w zamian. A ja mam wrażenie, że już nic
mnie nie interesuje :( Już tak długo tkwię w tych zaburzeniach, że w
tym czasie nie miałam nawet szansy odpowiedzieć sobie na pytanie „co
tak na prawdę chcę robić w życiu”. Cały mój potencjalnie twórczy okres
w życiu trwonię na ukrywanie się przed światem, prawdziwym życiem. Nie
odrosłam do życia. Nie dorosłam do odpowiedzialności. To nie daje mi
radości, czuję się zagubiona. Wśród dzieciaków z domu dziecka czułam
się bardziej poraniona, niż one. Chciałam, żeby to MNĄ się
zajęto…Może brzmi to egoistycznie, dla mnie jest to niestety raniącą
rzeczywistością. Nie mam czego dać z siebie, bo mnie wciąż NIE MA.

Witam. Przedstawiłam się już w zakładce „o mnie”, teraz czas na rozpoczęcie bloga…
Zacznę może od cytatu:

„Potencjał do zmiany wyzwala się w rezultacie zgody na siebie takiego, jakim się jest”
(niestety nie pamiętam skąd on jest)

Dla
mnie są to dość oryginalne, a na pewno odkrywcze słowa. Najczęściej
bowiem chcemy zmienić w sobie coś, co bardzo nam nie odpowiada, co nam
w sobie przeszkadza lub czego się wstydzimy. I jak tu w takim razie
zaakceptować coś takiego? Przecież chcemy się tego (często okazuje się,
że za wszelką cenę…) pozbyć! No właśnie. Teraz, zaraz, jak
najszybciej. Schudnąć, wyładnieć, zmądrzeć…A kiedy po (najczęściej za
krótkim) czasie nie osiagamy zamierzonych rezultatów, wpadamy we
frustracje, załamujemy się, złościmy na siebie. I często poddajemy się
twierdząc, że „nie nadajemy się”, że nam się nie uda, bo mamy za mało
silnej woli, samozaparcia itp. Tak…w takich chwilach bywamy dla
siebie bardzo wymagający i niewyrozumiali. Co dziwne, kiedy nasi
znajomi lub bliscy przechodzą z grubsza podobne zmagania, mamy dla nich
tysiące słów pocieszenia, garściami obsypujemy ich radami w stylu
„potrzebujesz trochę cierpliwości”, „daj sobie na to trochę czasu”…
Są to oczywiście jak najbardziej szczere porady. Ale w takim razie, czy
my na prawdę w nie wierzymy…? Jeżeli tak, to dlaczego, gdy chodzi o
nas samych, nie mamy dla siebie tak wiele wyrozumiałości? A może warto
właśnie przed podjęciem ostrej i wyczerpującej walki o lepszą figurę,
zdobycie różnego rodzaju umiejętności etc., spojrzeć na początku na
samego siebie i bez niechęci do siebie za swoje różne niedoskonałości,
stwierdzić: „Ok, teraz jestem właśnie taki i akceptuję to. Jestem taki
z jakiegoś powodu i niczego sobie nie zarzucam. Jednak chcę nad sobą
popracować by było mi ze sobą jeszcze lepiej.” Taka postawa z pewnością
ułatwi nam ten trudny start budowania siebie na nowo. Jest to praca
często wyczerpująca. Ale, czego codziennie uczę się na sobie, nie ma
szans powodzenia, jeżeli nie damy sobie prawa do bycia niedoskonałymi,
nie podejdziemy do siebie z łagodnością. Jakakolwiek praca nad
samorozwojem, przebiegająca w atmosferze poirytowania na samego siebie,
niecierpliwości i braku szacunku nie ma możliwości na owocny finał.
Zbyt szybko się zmęczymy, po dłuższym czasie padając z wyczerpania,
doświadczając kolejnych samoobwiniających myśli. Bądź dobry dla siebie.
Bądź wyrozumiały dla siebie. Daj sobie czas. Pozwól sobie na
podknięcie, upadek. Z każdym upadkiem zyskujesz chwilę czasu na wzięcie
głębokiego oddechu. Gnając do celu bez tchu, ignorując swoje
ograniczenia ryzykujesz bardzo wiele. Możesz zwyczajnie nie dać rady,
popadając po raz kolejny w rozpacz samonienawiści.

Dopiero zaczynam blogowanie. Właśnie postanowiłam przenieść mojego bloga z innego serwera, dlatego wkleję tutaj swoje notki.


  • RSS