chce-zyc blog

Twój nowy blog

[54]

3 komentarzy

Napisanie tej notki będzie ostatnią czynnością jaką zrobię przed pójściem spać :)
Siedzę i rozmyślam nad tymi wszystkimi tygodniami, które spędziłam na
oddziale i ten czas wydaje mi się taki…nierealny. Tak niesamowicie
szybko to wszystko minęło! Na naszym oddziale oprócz grupy osób z
zaburzeniami jedzenia jest jeszcze grupa osób z „nerwicą”, którzy
uczestniczą w cyklicznej 3-miesięcznej terapii grupowej. Ja przyszłam
na oddział jakieś 2 tygodnie po rozpoczęciu tej właśnie grupy. Jutro ich terapia się kończy. Kilkunastoosobowa grupa wychodzi z oddziału a na jej
miejsce przychodzi inna. Znów nowi ludzie, nowi stażyści. Niestety,
razem z tą grupą kończy staż moja psychoterapeutka i dziś miałam z nią
ostatnie spotkanie. A dowiedziałam się o tym 2 tygodnie temu…Było
i jest mi z tym źle. Doktor C. powiedział, że już nie dostanę nowego
terapeuty, zostaje mi więc tylko psychoterapia grupowa. Czy muszę pisać
jak się wtedy poczułam?? Czy jest dla mnie właściwie jeszcze miejsce na
tym oddziale? Po wielu przemyśleniach doszłam do wniosku, że na mnie
też już pora. Rozmawiałam wczoraj z doktorem C., spytałam go o jego
stosunek do mojego planu wyjścia w następny piątek. Nie dał mi
odpowiedzi, powiedział, że musi się w takim razie skonsultować z
zespołem, ponieważ nie dotarłam jeszcze do końca kontraktu. Kontrakt
kończy się wraz z osiągnięciem odpowiedniej wagi i utrzymaniem jej
przez jakiś czas. W takim razie zostaje mi wypis na własne żądanie.
Chcę już wrócić do swojego życia. Chcę stanąć na nogi i stawić
czoła…sobie.

[53]

4 komentarzy

Czasami za Cervantesem zadaję sobie pytanie:
„Czy wolisz być mądrym, lecz szalonym, czy głupim, ale przy zdrowych zmysłach?”
No właśnie. Czasami dałabym wszystko, żeby móc pozbawić się samoświadomości, żyć przewidywalnie, ale spokojnie. Tęsknię do powierzchowności i braku głębi, pragnę nie myśleć i nie zastanawiać się. Ale tylko czasami. Wiem, że nie jest to już możliwe. Zbyt szeroko otworzyłam oczy. Nie da się wrócić do tego, co było, samooszukiwanie się nie jest już tak bardzo możliwe. Jestem naga i pozbawiona swoich iluzji.
Rozpad iluzji wiąże się z przerażającą świadomością wolności. Jestem skazana na wolność, a przez to na odpowiedzialność za własne wybory. Dalsze chorowanie również byłoby moim osobistym wyborem. Nie da się położyć winy za chorowanie na karb jakiejść wyższej siły, panoszącej się w moim umyśle. Mój umysł – to ja. W niesprzyjających warunkach wykreowałam sobie anoreksję, żeby pozbawić się wolności wyboru i ciężaru odpowiedzialności. W chwili obecnej docieram do rdzenia boleści.
Szaleństwo – witaj.

[52]

Brak komentarzy

Od jakiegoś czasu próbuję napisać nową notkę i nie bardzo mi się to udaje. Jakoś tak trudno mi sklecić jedno sensowne zdanie… Poprzestanę więc na razie na tym, że bardzo miło mi się zrobiło po przeczytaniu komentarza kasztanki :) Czy mogłabym Cię prosić o jakiś kontakt do siebie? To fakt, drugiego takiego pielęgniarza jak pan A. można ze świecą szukać ;) Cieszę się, że Ci się udało!! Ja jestem ostatnio w gorszym nastroju. A wiem, że „samo” się nic nie zrobi. Eh.

[51]

2 komentarzy

Wczoraj napisałam długą i osobistą notkę, po czym koleżanka dobrała mi się do komputera chcąc sobie coś przegrać i wyłączyła mi okno…No comment…Byłam wściekła i bezradna i nie miałam ochoty pisać jej jeszcze raz… Być może był to jakis znak :P But yet,
Studnia bez dna napisała mi w komentarzu bardzo ważne słowa: „przegrana bitwa nie swiadczy o wyniku wojny”. To powszechnie znana prawda i prawda bardzo ważna. I dzięki Ci Studnio, że mi ją przypomniałaś :) Ostatnio odnoszę wrażenie, że zbyt często o tym zapominam i bardzo boleśnie przeżywam każdy upadek, każdą porażkę w „bitwie”. Zdarza mi się, że ludzie pytają mnie, czy terapia tu mi pomaga, czy czuję się lepiej. Na pierwsze pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak to jest. I być może okaże się, że dopiero po wyjściu docenię to wszystko, co tu przeżyłam i czego się nauczyłam. Na razie tego nie wiem…A w kwestii mojego samopoczucia…przychodzi mi do głowy takie porównanie: czy chemioterapia jest przyjemna? Czy wyrywanie zęba daje pozytywnego kopa? Ja się czuję, jakbym uczestniczyła w tym wszystkim jednocześnie. Nie, nie czuję się dobrze. Więcej – byłoby to dla mnie bardzo dziwne, gdybym się tak czuła. Ja tu rozdrapuję rany, mierzę się ze swoimi lękami i niechcianymi emocjami. Wściekam się na terapeutów, często mam ochotę wydrapać im oczy i rozwalić wszystko, co mi się nawinie w ręce. Jestem wykończona złością, która targa mną niemal codziennie. Czuję się jak huragan, który nie wie dokąd zmierza, a który niszczy wszystko, co napotka na swej drodze. Często nie mogę już wytrzymać sama ze sobą, tak bardzo chciałabym wyjść ze swojej skóry…Tak właśnie wygląda moja terapia. Ale ufam (może naiwnie), że po burzy wychodzi słońce. I dziś już czuję się znacznie lepiej, wreszcie udało mi się odetchnąć po weekendzie pełnym wrażeń i burzliwej czwartkowej terapii. Wierzę, że nie zawsze w moim życiu będę mieć pod górkę, wierzę, że kiedyś zacznę normalnie funkcjonować. Chociaż uwierzyć w to jest mi bardzo trudno, kiedy widzę, jak bardzo jestem jeszcze poraniona i nie pogodzona z pewnymi faktami. Terapia boli i czasami sama się zastanawiam, co mnie jeszcze trzyma przy jej kontynuowaniu…

[50]

4 komentarzy

Witam. Pamiętacie Englę Louise Lernas? Pisałam o niej jakiś czas temu. Ta 28 letnia kobieta nadal przebywa w szpitalu, gdzie sztab specjalistów pomaga jej w wyjściu z piekła, jakim jest anoreksja. Trafiając do szpitala Engla była w strasznym stanie. Nie dała rady chodzić już o własnych siłach…

Niedawno trafiłam na to oto zdjęcie:

Bardzo się wzruszyłam tym widokiem. Engla wciąż walczy, ja trzymam za nią kciuki bo wiem, że zdrowie jest możliwe. To przykre jednak, że anoreksja wyrządziła tak duże spustoszenie w jej ciele. Przed nią niestety jeszcze wiele cierpienia, zanim jej ciało zacznie prawidłowo funkcjonować. Mam nadzieję, że jej historia będzie przestrogą dla wielu innych młodych (i starszych) osób. Ja miałam duże szczęście, moja choroba nie zdążyła pozbawić mnie płodności, moje kości i mięśnie dadzą radę się zregenerować. Jednak pozostałości po chorobie nie znikną tak szybko. Jeszcze długo będę musiała leczyć zęby czy zapuszczać zniszczone włosy.
Ale patrzę do przodu. Nie zmienię przeszłości i nie odzyskam straconych dni. Czasem jeszcze rozczulam się nad swoją „naiwnością” i mam sobie za złe wiele zmarnowanych w życiu szans. W przyszłości chciałabym móc sobie to wszystko wybaczyć, a teraz chcę iść do przodu w swoim tempie i nie oglądać się już za siebie.

Przyszedł październik a z nim nowy rok akademicki. Kilku znajomych ze studiów wie, że jestem na leczeniu. Inni zaczynają pytać, co się ze mną dzieje. Zadano mi więc dziś pytanie „co powinniśmy w takiej sytuacji odpowiadać?” Zastanawiałam się nad tym od jakiegoś czasu. I właściwie dość szybko udało mi się postanowić: prawdę. Choroba to część mojej historii, nie uda mi się ukrywać tego faktu przez całe życie. I tak na prawdę wcale tego nie chcę. Wiem, że wiele osób tak żyje. Okazuje się jednak, że jest to śmiertelnie męczące. Ja popełniłam w swoim życiu wiele błędów, ale teraz już bez strachu chcę stawić czoła ich konsekwencjom.

[49]

3 komentarzy

Witajcie po długiej przerwie! Mam możliwość skorzystania z modemu kolegi z oddziału, więc postanowiłam napisać :) Nie pisałam długo, bo brakowało mi czasu na przepustkach, a czasem także pomysłu na notki. Bo dzieje się tyle rzeczy…że nie wiem o czym pisać, żeby nie powstał mi jakiś esej na kilka stron ;)
Jestem na oddziale 7 tygodni, dopiero teraz jednak czuję, że coś zaczyna się dziać. Okazuje się również, że wcale nie jest łatwo przytyć na lekkostrawnym szpitalnym jedzeniu. Moja waga raczej stoi w miejscu od jakiegoś czasu, ale to nie jest tak na prawdę istotne i nie o tym chcę pisać :) terapia idzie do przodu. Anoreksja to nie problem z wagą. Anoreksja to mnóstwo innych problemów, które kryją się pod warstwą objawów. I będę to powtarzać do znudzenia. Ja sama już to zrozumiałam i mimo, że jest cholernie ciężko, nie chciałabym się już cofać do „błogiej” nieświadomości i skupiania się na objawach. To fakt, chciałam być chorobliwie chuda, ale nie dla samego faktu bycia chudą. Ba, ja się nawet wtedy sobie nie podobałam. Byłam…obrzydliwa. Chodziło o coś dużo więcej…i niesamowitą ulgę daje mi rozmowa z osobami, które czują podobnie…że zadaniem objawów jest informowanie otoczenia chorego, krzyczenie o pomoc. Z drugiej strony, kiedy tę pomoc się już dostaje, objawy mogą służyć zatrzymaniu przy sobie osoby/ osób, które tej pomocy udzielają…Chora/ chory ma świadomość, że zdrowienie oznacza powolne stawianie kroków ku samodzielności i w ostateczności ponowne stawienie czoła życiu bez terapeutów i innych ludzi, którzy się nami zajmują…I to również może hamować proces zdrowienia. Tak na przykład jest w moim przypadku. Lub było. Idę do przodu, ale ta świadomość, że się „traci” tych ludzi…bardzo boli. A ja nie chcę, żeby bolało. Dlatego uczę się jak żyć, by bolało trochę mniej….Bo w życiu nie da się uniknąć bólu całkowicie ;) Bo to właśnie…życie.
Do usłyszenia, mam nadzieję, że wkrótce :)

[48]

4 komentarzy

Witam wszystkich! Jestem właśnie w domu na kolejnej przepustce :)
Strasznie mi szkoda, że ten czas tak szybko leci, że już kończy się
piątek, zaraz minie sobota, niedziela i o 20:00 muszę być z powrotem na
oddziale (i zjeść podwieczorek :/) Nie wiem ile jeszcze tam pobędę. Zapewne będzie to do końca września a może i dłużej. Muszę
sobie wszystko przemyśleć bo październik to już czas na studia. Na
razie czuję się w porządku. Mam wzloty i upadki, czyli standard :)

Tę notkę chcę poświęcić na zareklamowanie pewnej inicjatywy, która być
może wkrótce stanie się sławna ;) Otóż razem ze znajomymi z forum Mam-efkę tworzymy polską
wersję amerykańskiej akcji zainicjowanej przez uczestniczki grupy We-Bite-Back, którą
tworzą osoby mające za sobą doświadczenia z zaburzeniami jedzenia,
stojące w opozycji do mentalności pro-ana. Tworzą one społeczność
post-pro-ana zrzeszającą osoby, które dokonały wyboru. Wybrały życie
- a nie chorobę.
Nasza inicjatywa nazywa się Podaj-Dalej i można o niej przeczytać
więcej np. tu – klik
W skrócie powiem, że akcja polega na wysyłaniu w świat pozytywnego
przesłania w formie małych samoprzylepnych karteczek. Na tych
karteczkach piszemy jakąś myśl od siebie – myśl, która może odmienić
czyiś dzień, może nawet czyjeś życie…Kto wie :)
Zapraszam do zapoznania się ze stroną i przyłączenie się do akcji! Im
więcej karteczek i pozytywnych notek w różnych miejscach kraju (a także
poza nim!), tym lepiej! Napisanie i przylepienie takiej karteczki nic
nie kosztuje, a może przynieść wiele radości! :) Dołączajcie!

Witam serdecznie :) Korzystając z pierwszej weekendowej przepustki chcę poinformować czytelników, że żyję i mam się dobrze ;) Tak strasznie stęskniłam się za domem i za M.! Szczerze mówiąc, nie mam najmniejszej ochoty wracać w niedzielę na oddział :( Jest ciężko, bardzo ciężko. Każdego dnia mam chwile załamania, czasami nie wyobrażam sobie wręcz możliwości całkowicie „normalnego” życia…Nie wiem do końca czy szpital był dobrym pomysłem. Nie wiem, ale próbuję. Mam wrażenie, że na tym etapie dałabym już sobie radę sama z chorobą. Zupełnie nie wiem co o tym wszystkim myśleć, na ile mogę sobie zaufać. To trochę przykre, że zatraciłam zdolność do immanentnej oceny własnego stanu psychosomatycznego. Nie wiem, na ile jestem czegoś pewna, a na ile coś mi się wydaje. Mówią, że jestem chora, że mogę sobie sama nie poradzić. Wiem, że byłam chora, ale nie wiem, czy nadal jestem… Komu mam zaufać?
Na razie dobrze się czuję ze swoim ciałem, jednak boję się dalej tyć. Nie chcę już tyć ale wiem, że potrzebuję. Jest ciężko. Bardzo pragnę już normalności, nie mam już siły i ochoty walczyć sama ze sobą, z własnym życiem. Bo i po co? Męczy mnie oddziałowa podejrzliwość, sprawdzanie i pilnowanie. Denerwuje mnie etykietka „zaburzonej”. Zaczynam się tam czuć bardziej chora, niż chyba jestem w rzeczywistości. A niech to. Mam mętlik w głowie…

Z bardziej pozytywnych rzeczy…otóż ja i M. zaręczyliśmy się :) Dokładnie w dniu mojego przyjęcia na oddział. Pierwszy dzień na oddziale to tzw. faza „0″, w której mogłam jeszcze jeść co chciałam i wychodzić gdzie chciałam. Poszliśmy więc sobie z M. na spacer na Wawel i tam nastąpił ten wyczekiwany przeze mnie od dawna moment ;) Kocham Cię, M. :* Napisz może jakiś komentarz, detektywie Ty ;)

[46]

3 komentarzy

Wracając jeszcze raz do filmu „Once”, o którym wczoraj pisałam, chcę powiedzieć, że jest tam wykonywana piękna piosenka „Falling slowly” (klik) Kiedy oglądaliśmy film z M., obojgu przyszło nam do głowy w tym samym momencie, że ta piosenka jest jakby napisana dla mnie…A ja bym powiedziała, że jest stworzona dla każdego, kto kiedykolwiek zmagał się w życiu sam ze sobą… Ale to nie jest piosenka o „falling slowly”. To jest piosenka o wznoszeniu się!


Raise your hopeful voice you have a choice…



You have suffered enough

And warred with yourself


It’s time that you won

(!!!!!!!!!!!!!!!!)


Drugi cytat dedykuję Wszystkim czytającym tego bloga, którzy kiedykolwiek doznali cierpienia ponad swoje siły.

Żegnam się na jakiś czas. Szczęśliwym zrządzeniem losu zostałam przyjęta na oddział zaburzeń odżywiania w Krakowie. Jadę jutro rano.
Jasne, że się boję ;)
Trzymajcie kciuki….

[45]

2 komentarzy

Chciałam w tej notce podziękować Wam wszystkim za komentarze. Są one dla mnie naprawdę ważne, każdy z osobna [a powtarzam to chyba któryś raz :) ].

Conspiration – mam wsparcie. Mam wspaniałego chłopaka,
który jest jednak „tylko” człowiekiem. Daje mi tyle wsparcia, ile
potrafi. Nie śmiem wymagać od niego więcej, niż jest mi go w stanie
dać. Ludzkie możliwości są ograniczone. Piszesz, że mam siłę. Nie
odpowiem, że to „nie prawda”, bo chyba sama zaczynam to dostrzegać.
Widzę, że jestem w stanie znieść z każdym dniem coraz więcej. Ale
okoliczności również są raczej sprzyjające. Moja sytuacja życiowa jest
bardziej stabilna niż wtedy, kiedy było ze mną naprawdę źle. Ciągle
zastanawiam się co będzie, jeżeli w moim życiu znów nastąpią jakieś
niespodziewane, przykre zmiany? Czy wtedy dalej będę mieć tę siłę do
walki o swoje życie? Wiem, że nie powinnam tak myśleć, z góry zakładać
najgorszego. Bo gdy się pojawi…to może zacząć dla mnie znaczyć, że
nie warto było się jednak starać…bo zło zawsze powraca i nie ma po co
z nim walczyć. Lepiej się poddać, spisać na straty…by mniej cierpieć
z powodu rozczarowań…Boję się tego. Boję sie nawrotu takich myśli,
boję się nawrotu choroby, w której mi wygodnie…
Szpetot, staram się ze wszystkich sił, by
anoreksja przestała być moją tarczą. Ponieważ Bogiem a prawdą, jest ona
raczej obosiecznym mieczem. Zadała mi już zbyt wiele ran, kiedy
obiecywała, że mnie obroni. Bez niej czuję się pusta. Na razie. Ale
wierzę, że życie wypełni mi kiedyś tę pustkę i doda mi więcej sił, niż
głodówkowa ekstaza.

Obejrzałam dziś film „Once”. Pierwszy od wieków film, na który nie
spojrzałam wcześniej na filmwebie, żeby zobaczyć opis czy recenzje :)
Jestem wniebowzięta. Polecam z całego serca ten film wrażliwcom. Jeżeli
dodatkowo kochacie muzykę, ta może Wam się spodobać :) Jak widać, jest
godzina pierwsza w nocy, a ja siedzę, słucham soundtracka, (płaczę), i
piszę tę notkę.

Życie może być piękne

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


  • RSS