chce-zyc blog

Twój nowy blog

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

[64]

2 komentarzy

(…)
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością

za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,

za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie do tego co być powinno

za to co nieskończone – nieznane – niewypowiedziane

ukryte w was…
Bądźcie pozdrowieni – Nadwrażliwi

[K. Dąbrowski]

Jest ciężko. Trudno utrzymać się na powierzchni.
Zapoznaję się z teorią dezintergacji pozytywnej i widzę dla siebie światełko nadziei.

że jesteście leczeni zamiast leczyć świat…

[63]

Brak komentarzy

Iga: O jacie, ale będę gruba po tych świętach!!
M.: Nareszcie!!

:D

[62]

8 komentarzy

Bardzo dużo się we mnie podziało od ostatniego wpisu. Żyję bardzo
intensywnie – w sensie emocjonalnym raczej, niż przyziemnym. Żałuję, że
nie jestem w stanie zamrozić swoich uczuć, zahibernować ich,
przynajmniej na zimę. Emocje pochłaniają większą część mojej energii,
niewiele jej zostaje do spożytkowania w innych obszarach życia. Jestem
zmęczona.
Byłam u lekarki. Dla mamy nic nie załatwiłam. Lekarka poradziła mi
poszukać lekarza w internecie, okazuje się jednak, że to również nie jest
prosta sprawa. Jeżeli chodzi o mnie, to umówiłyśmy się na po świętach,
że wypisze mi skierowanie do tej psycholożki ze szpitala.
Prawdopodobnie jednak nie skorzystam.
W czwartek byłam u terapeutki. Świadomość, że miało to być nasze
ostatnie spotkanie spowodowała w mojej głowie morze myśli, poplątanych
jak węzeł gordyjski, nie mogłam przez długi czas dojść z nimi do składu
i zdecydować o czym powinnam porozmawiać przez te ostatnie 50 minut.
Tyle rzeczy było do obgadania…Jadąc wieczorem z zajęć, prosto na to
spotkanie, układałam w głowie to, co chciałabym jej
powiedzieć. Starałam się wyłonić najważniejsze rzeczy. W tamtym
momencie jednak wszystko było najważniejsze. I ja chciałam powiedzieć
jej to wszystko. Chciałam powiedzieć o tym, co czułam przez ten
długi okres, kiedy się nie widziałyśmy i kiedy wiedziałam już, że z
powodu braku funduszy nie będę mogła kontynuować u niej terapii.
Chciałam wyrazić cały żal, złość, gniew i nienawiść, które przeplatały
się ze smutkiem i jednocześnie z wdzięcznością za to, co dla mnie do tej pory
zrobiła. Była to już jedyna okazja, żeby to wreszcie zrobić. Gdy
jechałam w autobusie z oczu leciały mi niekontrolowane grochy,
szczęśliwie jednak miałam wielki czarny szal, którym okręciłam prawie
całą twarz. Mogłam sobie szlochać do woli.
Gabinet był bardzo przytulny. Fotele za wygodne (:P). Pomyślałam sobie
od razu, jak strasznie zazdroszczę tym, którzy mogą się z nią jeszcze
spotykać. Jeszcze przed rozpoczęciem sesji miałam ogromne poczucie
straty. Myślę jednak, że spotkanie przebiegło bardzo pozytywnie. Wiem, że
najważniejsze rzeczy zostały powiedziane. Tylko…co dalej? Po wyjściu
z gabinetu miałam przeczucie rychłego końca świata. I miałam na niego
nadzieję. Było późno, ciemno i wiało śniegiem. Achhh, jak strasznie chciało mi się
krzyczeć ze smutku i bezsilności! Nie miałam pojęcia jak będę w stanie
przetrwać kolejny dzień i kolejny….i wszystkie następne dni w
świadomości, że jej już dla mnie nie ma. Myślenie o tym było ponad moje
siły, a jednak nie mogłam nic zrobić, żeby o tym nie myśleć. Musiałam
doczekać momentu, aż przeszkodzi mi w tym sen.
Piątek był wyjęty z kalendarza. Snułam się pół żywa, z myślami w innym
świecie. Nie pamiętam prawie nic. Wiem jedynie, że byłam z M. gdzieś w
galerii. Cały dzień starałam się trzymać w kupie. Rozklejenie się mogło
grozić katastrofą. Jednak wieczorem, kiedy jechaliśmy w tramwaju, tama
gwałtownie pękła i więcej nie mogłam się już hamować. Dobrze, że był M.

Sytuacja z końcem terapii okazała się być ponad moje siły. Powiedziałam
M. o wszystkim, co teraz czuję,  że świadomość, że ta terapia
skończyła się nienaturalnie, dodatkowo mnie dobija. Zaproponował więc,
że opłaci mi jeszcze kilka wizyt, dopóki sama nie doprowadzę jej do
końca. Moja radość była wielka. Wiadomość ta podniosła mnie na duchu.
Wiem, że nie będzie to wiele spotkań, jednak mam szansę, żeby
doprowadzić ten etap do końca, po mojemu, ułożyć sobie wszystko tak,
żebym ze spokojem mogła pójść w dalszą drogę. Jedyne, czego pragnę, to
spokój ducha. Pragnę świadomości, że zrobiłam wszystko tak, jak
powinnam, i że koniec terapii był moją decyzją a nie kwestią
przypadkowych okoliczności. Kwestia kontroli, jak zresztą nie pierwszy
raz w moim życiu, gra tu ogromną rolę.
Zadzwoniłam do terapeutki rano następnego dnia. Umówiłyśmy się na 14 stycznia. Jeżeli ktoś się wykruszy, być może będzie to tydzień wcześniej. Tak bardzo się cieszę…

[61]

4 komentarzy

Czytam bardzo dokładnie to, co mi piszecie w komentarzach. Jest mi miło, że nie jestem Wam obojętna, że próbujecie pomóc mi znaleźć rozwiązanie tej sytuacji. Jest wiele możliwości. Tak jak pisała Asia35, mogłabym szukać pomocy dalej. I być może jutro przy okazji wizyty u lekarki z pierwszego pobytu w szpitalu (tym razem w sprawie mojej mamy, której potrzebuję załatwić psychiatrę do domu) zarejestruję się do psycholożki, z którą pracowałam przez chwilę na oddziale. Jednak nie nastawiam się na dłuższą „terapię”, potrzebuję raczej jakiejś rozmowy, która pomogłaby mi rozeznać się w mojej obecnej sytuacji. Być może okaże się, że będę starała się stanąć na nogi o własnych siłach. Bez specjalistów, którzy nie są w stanie spełnić moich oczekiwań. Nie dlatego, że są nieprofesjonalni, tylko dlatego, że ja mam tendencję do nieodpowiedniego lokowania uczuć i potrzeb. Potrzebuję rodziców, których jednak w terapeutach/ lekarzach nie odnajdę. Moim zadaniem jest nauczyć się być swoją własną matką i ojcem, pozbyć się nieustającej chęci regresji, powrotu do tego, co było – do nieporadności, zrzucenia z siebie części odpowiedzialności za własne życie. A tego nie mogę zrobić. Nie jestem jednak pewna, czy jestem już gotowa na takie „samodzielne” życie. Dlatego być może będę potrzebowała jeszcze kilku konsultacji. Wszystko okaże się w praktyce.
W przyszły czwartek idę na ostatnie spotkanie z moją terapeutką, z którą zaczęłam współpracę ponad 2 lata temu. Tym razem do prywatnego gabinetu. Stwierdziłam, że jestem w stanie zapłacić jej za tę jedną wizytę. Jest mi jednak tak strasznie przykro. I dlatego właśnie…nie zniosłabym kolejnych tego typu rozczarowań i bólu. Bardzo się boję tej wizyty, bo kocham tę osobę. A muszę jej powiedzieć „do widzenia” i jak gdyby nigdy nic zacząć życie bez niej. A ja wciąż całymi tygodniami mam ją w głowie i zastanawiam się, co ona by powiedziała w takiej czy innej sytuacji, co by o mnie pomyślała. Ciekawa jestem jak długo to jeszcze potrwa. Zastanawiam się czasami, czy gdyby ta terapia zakończyła się normalnie, czyli po prostu zwykłym dojściem do końca kontraktu, moim dobrym samopoczuciem i moją własną decyzją o jej zakończeniu, czy wtedy bolałoby trochę mniej? Może wtedy nie męczyłoby mnie to nieustające poczucie „porzucenia”, które wiem, że jest irracjonalne, ale którego nie mogę się pozbyć?
Niestety nie jest tak jak pisała Małe Zuo, że mam przekonanie, co jest słuszne. Chciałabym, żeby tak było. Może rzeczywiście coraz bardziej do tego dochodzę. Ale jeszcze nie mam pewności. Tak strasznie nie chciałabym jeszcze zostawać sama!! Chciałabym wykrzyczeć na głos, żeby mnie nie zostawiała, nie opuszczała, nie pozbawiała mnie siebie i tego poczucia bezpieczeństwa, które miałam, gdy wiedziałam, że ona jest. Cholera, nie ma sensu żebym się tu tak nad tym rozczulała. Tego się nawet nie da opisać słowami, takie rozstania są dla mnie prawdziwą traumą. I przykro mi, że M. musi widzieć mnie w takim stanie, to, jak bardzo to przeżywam. Mówi mi, że dam radę. Tak, jakby to było takie oczywiste…Tak, dam radę, ale to jest tak CHOLERNIE NIESPRAWIEDLIWE.
Coś straszliwie trzyma mnie za gardło. Mam ochotę wrzeszczeć, wywrzeszczeć, że TAK NIE POWINNO BYĆ!!!
Ale jest.
I będzie.
A potem zapomnę i przyjdą inne problemy. Taka kolej rzeczy. Tylko dlaczego nie umiem dostrzec jakiejś radośniejszej perspektywy?

[60]

7 komentarzy

Długo nie pisałam….Właściwie opuszczają mnie siły na pisanie bloga.
To, co się teraz ze mną dzieje nie nadaje się do opisywania w tym
miejscu. Przeżywam załamanie i bardzo dużo sił, zarówno mentalnych jak
i fizycznych, kosztuje mnie zmaganie się z nim. Martwi mnie moja
przyszłość i moje zdrowie. W skrócie powiem, że lekarz poinformował
mnie, że ostatecznie żaden terapeuta nie ma już miejsca w grafiku na
kolejną pacjentkę. Zostałam bez terapii. Nie wiem w ogóle jak to
wszystko ogarnąć. Moja rzeczywistość mnie przerasta. Nagle wszystko
uległo zmianie…tak zupełnie nagle, bez przygotowania….zostałam
sama…bez pomocy….jak gdyby nigdy nic. Nie mówię oczywiście o
całkowitym braku wsparcia, bo jest przecież M., który robi wszystko, co
w jego mocy, by mi dodać sił. To jednak nie jest moje widzimisię, że
cierpię psychicznie. Świadomość jego obecności jest bardzo kojąca. Ale
kiedy nachodzą momenty zwątpienia i zalewa fala rozpaczy, nic
pozytywnego nie jest się w stanie przebić do świadomości. Istnieję
tylko ja i ta czarna rozpacz. Całą sobą doświadczam wtedy potężnej
emocjonalnej regresji, wszechogarniającej potrzeby symbiozy z
omnipotentną matką. Matką, która znajdzie rozwiązanie wszystkich
problemów, która ochroni przed złem całego świata, przy której nie
będzie się trzeba bać. Przy której będzie można zapomnieć. Boję
się, że nigdy nie znajdę wsparcia w sobie. Jak na razie potrzebuję go
mnóstwo z zewnątrz. Nie umiem się jeszcze opiekować sama
sobą…zupełnie nie wiem jak żyć.

[59]

10 komentarzy

Nie wiem jak wiele jeszcze cierpliwości dam radę z siebie wykrzesać. Dziś po raz kolejny dzwoniłam do lekarza zapytać się o moją terapię. I tym razem odprawił mnie z kwitkiem. Stwierdził najzwyczajniej w świecie, że nie udało mu się jeszcze nic ustalić w tej sprawie. Powiedział mi jedynie „proszę o jeszcze trochę cierpliwości” i kazał zadzwonić za tydzień….po czym nie czekając na moją odpowiedź (czy jakąkolwiek reakcję!!) powiedział „do widzenia” i odłożył słuchawkę. Nawet nie wiem, czy zdążyłam mu odpowiedzieć…I zamiast zdenerwować się na niego ja od razu sobie pomyślałam „a może ja po prostu zasługuję na takie traktowanie?” No i niestety cały dzisiejszy dzień był już naznaczony poczuciem bycia nikim, kimś, kogo można lekceważyć i poniżać. Cała moja percepcja była nastawiona na wykrywanie sygnałów potwierdzających moją beznadziejność. Mimo że zdawałam sobie sprawę z tego mechanizmu, nie miałam za grosz siły, żeby się temu przeciwstawić. Jadąc w tramwaju na uczelnię w ramach autoterapii jak mantrę powtarzałam słowa „to uczucie niedługo minie, to uczucie niedługo minie”… Na nic się to zdało. Niestety, nie tym razem. Chociaż wiem, że ono kiedyś rzeczywiście minie, jest mi cholernie przykro, że nie potrafię sama sobie z nim poradzić. Że muszę czekać, aż mi po prostu „przejdzie”.
Czuję, że cholernie potrzebuję teraz terapii. A nie jestem pewna, czy chcę mieć ją u kogoś pokroju doktora C, który za nic ma ludzi zgłaszających się do niego po pomoc (a może to tylko mnie ma za nic?) Nie wiem co będzie dla mnie dobre. Nie wiem nic :(

[58]

4 komentarzy

Dziękuję wszystkim za wsparcie i dobre słowo.
Dziś mija drugi tydzień mojej samodzielności. Myślę, że dobrze sobie radzę. Po wyjściu ze szpitala, tak jak się tego spodziewałam, moja waga szybko spadła o 1 kg. Nie jest to nic dziwnego, skoro mało aktywne życie szpitalne nagle zamieniłam na bieganie na zajęcia, naukę i inne. Udało mi się jednak odzyskać ten kilogram. Prawie cały. Dlaczego o tym piszę…
W tym tygodniu miałam dzwonić do lekarza i dowiedzieć się co i jak z moją terapią w klinice. Ponieważ nie mogłam się dodzwonić, wczoraj przy okazji odwiedzin koleżanki w szpitalu udało mi się do niego zagadać. Lekarz zapytał się mnie ile ważę, bo wyglądam jakoś „chudo”.. (??!!) A ja, pamiętna swojego sukcesu odzyskania prawie całej utraconej wagi, powiedziałam mu, że ważę jedyne 100g mniej, niż w czasie wypisu. A on na to….”Pani Igo, zapomniałem pani powiedzieć, że warunkiem uczęszczania na terapię jest to, że pani nie będzie spadać z wagi”. Spadać z wagi? Toż ja przecież przytyłam właśnie! Jestem lżejsza, do jasnej cholery, o jedyne 100g !!!!!!!!!!!!
To przecież nie jest nawet szklanka wody!! Po czym dodał „proszę w takim razie zadzwonić w środę, jeżeli pani odzyska wagę”…
omg…opadły mi ręce. Zabrakło mi słów i wryło mnie w ziemię. Fajnie. ok. genialnie. Rzeczywiście nic mi takiego wcześniej nie mówił. Powinien więc, skoro to jego niedopatrzenie, przyjąć mnie już na tę terapię. I egzekwować przestrzeganie tej zasady od następnego razu! W domu nie mogłam sobie darować, że nie walczyłam o swoje. Że nie powiedziałam mu, że czuję się literalnie olana. To nie fair, ja się naprawdę staram i nie mam sobie NIC do zarzucenia. I nie powinien był mnie tak potraktować, ponieważ nie mam nawrotów objawów i bez problemu mogę zacząć terapię. Nie wiem, na prawdę nie wiem dlaczego tak bardzo przyczepił się do tych głupich..100 gram :(
Wieczorem spotkałam się ze znajomymi z oddziału, w tym A., która dziś dostała wypis. Mimo że na oddziale trzymałam ludzi raczej na dystans, teraz czułam, jak bardzo się z niektórymi zżyłam. Szczególnie z A. W końcu łączy nas bardzo wiele. Z oddziału wyciągnęłam jedną ważną lekcję; że do szczęścia potrzebuję innych ludzi, że odgradzając się od nich tracę możliwość przejścia przez życie w pełni, gdyż tego nie da się dokonać w samotności.
Chyba że chcemy być jak Nietzsche.

[57]

2 komentarzy

Czuję wokół siebie jakąś nieopisaną pustkę. Czuję, że stoję w miejscu. Nie potrafię się skupić na rzeczach przyziemnych. Nie odczuwam już prawie żadnej przyjemności. Chciałabym ją poczuć chociaż przez chwilę. Wtedy miałabym odrobinę pewności, że jestem w stanie być kiedykolwiek szczęśliwa. Nic mnie nie cieszy…a tak bardzo chciałabym czerpać radość z codzienności. Moje ukochane studia są uciążeniem, moje marzenia blakną na moich oczach. Wszystko wydaje się być ciężarem. Nawet najbliźsi… to bardzo boli.
Potrzebuję jakiegoś planu na przyszłość. Czegokolwiek. Tak, żeby móc się uczepić i dążyć do celu, choćby się paliło i waliło. Bo do tej pory tak łatwo było mi rezygnować z wszystkiego, kiedy tylko poczułam, że nie daję rady. A potem żałowałam. Nie potrafię zdecydowanie dążyć do celu. Nie potrafię dążyć do niego nawet niezdecydowanie…Często zdarza mi się utknąć w połowie drogi i już nigdy jej nie ukończyć…W ten sposób nie zajdę nigdzie…

Pierwsza terapia po 3 miesiącach minęła w mgnieniu oka. Teraz będę musiała zdecydować gdzie kontynuować terapię. Tej decyzji na razie również nie potrafię podjąć. Zostanie przy obecnej terapeutce wiąże się z dodatkowymi kosztami, ponieważ będzie mnie mogła przyjmować jedynie prywatnie. Boli. Wizyty u niej są jednymi z najważniejszych wydarzeń w mojej codzienności. Potrzebuję jej jak tlenu.
(…)
Marzę o tym, by kiedyś nadszedł taki czas, żebym nie miała takich potrzeb.

No i stało
się. W piątek po południu oficjalnie stałam się wolnym człowiekiem.
Wypisałam się za zgodą lekarza, mimo że na własne żądanie. Interesujące, że nawet
będąc nieobecną moja terapeutka dała mi się we znaki, gdyż okazało się,
że…nie uzupełniła mojego wypisu (???!!!) Mam się po niego udać dopiero w
czwartek (haha, czyli nie tak do końca jestem wolna oficjalnie :P). Mam za sobą
prawie 3 miesięczną słodko-gorzką terapię życia. I szczerze mówiąc, nie
wytrzymałabym jej ani dnia dłużej!! To były najcięższe 3 miesiące mojego życia.
O Boże. Jak sobie pomyślę, że jeszcze niedawno od kilku godzin byłabym już na
oddziale z powrotem po weekendowej przepustce, zastanawiam się, jak ja byłam w
stanie się zmusić, żeby za każdym razem tam wrócić? Tak. Za każdym razem
musiałam przebyć ze sobą poważną rozmowę, jak kobieta z kobietą, i przekonać
się do powrotu do miejsca, w którym przecież z własnej woli się umieściłam. Pokręcone
to wszystko. Całe to doświadczenie było szalenie pokręcone! Pewnie kiedyś je
docenię. W chwili obecnej widzę je raczej w ciemnych barwach. Czuję potworne
zmęczenie na myśl o tym wszystkim, co było mi dane tam przeżyć. Muszę sobie to
jeszcze na spokojnie przetrawić.
A tymczasem pora by z powrotem zaadaptować się do nowej-starej rzeczywistości.
Witajcie studia! Witaj kolejko do ksero i gorąca czekolado z automatu!

*trying to
sound happy*

W
rzeczywistości jednak czuję silny lęk i nie opuszczają mnie obawy. Ale nie będę
się rozwodzić na ten temat i ani myślę użalać się nad swoim „losem”.
Jestem ciekawa. Ciekawa jutrzejszego (właściwie już dzisiejszego) dnia i
pierwszych zajęć w tym roku akademickim. Stęskniłam się też za ludźmi… 

Z
niecierpliwością czekam na informacje odnośnie stypendium. Niedawno zostałam wprawiona
w osłupienie, kiedy mój USOS-web poinformował mnie, że mam najwyższą średnią na
roku. Cuda czasem się zdarzają :D Wolałabym jednak umieć się wykazać w inny
sposób. Co innego oceny w indeksie a co innego praktyczne umiejętności i
zdolności, które u mnie ograniczone będą do czasu przełamania paraliżującego
strachu w różnych społecznych sytuacjach. Psycholog, który boi się ludzi? To są
dopiero jaja.

A teraz
udaję się już na spoczynek i życzę sobie, żeby przyśniły mi się różowe puchate
króliczki.

[55]

7 komentarzy

Odnośnie komentarzy do poprzedniej notki:
Pierwszy raz rozmawiałam z lekarzem 2 tygodnie temu i powiedziałam mu, jak strasznie czuję się w związku z zakomunikowaniem mi przez terapeutkę, że z końcem października kończy staż na oddziale. Wtedy jeszcze nie myślałam o tak szybkim wypisie. On jednak mnie poinformował, że ponieważ „już niedługo będę opuszczać oddział”, nie byłoby wskazane, żebym rozpoczynała terapię indywidualną z kimś innym, ponieważ tworzenie relacji terapeutycznej trwa dłuższy czas (w dodatku ja bardzo intensywnie się przywiązuję i potem przeżywam rozstania). Wtedy uderzyło mnie stwierdzenie, że „niedługo” będę wychodzić z oddziału (co tak właściwie znaczy „niedługo”?? w tym tempie, w którym teraz odzyskuję wagę, może to potrwać jeszcze wiele tygodni :/) Odebrałam to jako komunikat „już tu pani nie chcemy”, chociaż racjonalnie wiem, że wcale tak nie musi być.
Jeżeli chodzi o terapię grupową, to niestety nie da się tego nazwać terapią. Przez większą cześć sesji nikt nic nie mówi, zdarza się, że siedzimy w ciszy przez 30 (!!!) minut, po czym ktoś powie „to może ja dziś zacznę”, i wtedy męczy się strasznie, bo tak na prawdę wcale nie chce mówić tego, co zaczął, jednak lepsze to niż umieranie z nudów przez następną godzinę. Koszmar! Ja doszłam do wniosku, że nie mam już o czym rozmawiać na grupie. Mogę co najwyżej wejść w dialog z kimś innym. Sama nie czuję już potrzeby „żalenia się”, chciałabym móc już wrócić do życia i móc przemienić teorię w praktykę, potencję zamienić wreszcie w akt!
Chciałabym Was uspokoić i zapewnić, że moja decyzja wyjścia z oddziału nie jest ucieczką ani poddaniem się nieświadomej sile anoreksji. Moja anoreksja nie jest (już) nieświadoma. Tak jak pisałam wcześniej, została mi zabrana cała ta iluzja, która do tej pory trzymała mnie w chorobie. Nie byłabym już w stanie wrócić do tego, co było. Zresztą, ja tego nie chcę.
Gdzieś w głębi czuję, że od szpitala otrzymałam już wszystko, co mogłam otrzymać. Dalsze siedzenie tam będzie bez sensu, ponieważ lekarz chce mnie tam trzymać tylko i wyłącznie z powodu mojej niskiej wagi! (Niskiej = nie takiej, którą wymaga kontrakt do wypisu). Ale z wagą sobie poradzę. Ja potrzebuję, tak jak pisałam, terapii indywidualnej. Być może nie umiem korzystać z grupowej, być może trafiłam akurat na grupę beznadziejną (wiem, że sama jestem częścią tej grupy). Mniejsza z tym. Mam potrzebę wyjścia z oddziału i sprawdzenia się w końcu w swoim własnym życiu. Kiedy będę mogła zaufać samej sobie, jak nie teraz?
Ja nie mam zamiaru rezygnować z leczenia! Będę chciała uczestniczyć z psychoterapii, jeszcze jakiś czas będę jej na pewno potrzebowała. Rezygnacja z oddziału wcale nie oznacza poddania się chorobie :) Ja jestem o to spokojna.


  • RSS