Długo się przymierzałam do napisania tej notki.
W moim życiu trochę zmian. 8 maja, w jedyny dość słoneczny dzień w przeciągu
całych tygodni ulew i wiatrów, powiedzieliśmy sobie z M. „tak”. I tak oto
zostałam żoną. Nigdy nie przypuszczałam, że „teń dzień” będzie AŻ TAK pięknym
dla mnie wydarzeniem. Podczas samej uroczystości byłam przejęta jak nigdy w
życiu. Prawdę mówiąc nie miałam pojęcia, że aż tak to wszystko przeżyję. Nigdy
nie byłam jedną z tych, które oczekują na swój ślub już jako małe dziewczynki, planując
go we wszystkich najdrobniejszych szczegółach, pragnąc by był to najpiękniejszy
dzień w ich życiu oraz obowiązkowo czuć się tego dnia jak księżniczka. Ja
wolałam mieć już wszystko za sobą. Dlatego, że obawiałam
się wielu rzeczy. Tego, czy moja mama będzie w stanie przyjechać na ślub (mama
jest półtora roku po wylwie, wciąż słaba, nie chodzi. 80% swojego dnia spędza
na leżąco. Nie było wiadomo, czy da radę usiedzieć tyle czasu na wózku), czy ze
wszystkim zdążymy, czy zjawią się goście, no i oczywiście pogoda…Tego dnia
właściwie martwiłam się o wszystko. Rano, przed wyjściem do fryzjera
uzmysłowiłam sobie, że…nie mam kwiatka do włosów. Roztrzepana podczas rozmowy
z florystką umówiłam się po odbiór kwiatów na dużo później. A przecież w
zestawie miał być właśnie ten cholerny kwiatek do włosów. Niby nic, ale
zestresowana tym, że od rana „nic mi się nie udaje”, fale łez wezbrały i
poryczałam się jak dziecko. Na szczęście M. wzorowo zachowywał zimną krew i
udał się po te kwiaty, przyniósł mi niedługo potem do fryzjerki. Zdawszy sobie
sprawę z infantylności takiego przeżywania każdej głupoty, udało mi się później
opanować emocje i nie doprowadzić do zwariowania/ omdlenia/ ucieczki sprzed
ołtarza na koniu (eee, to nie ta historia?).

Ślub był piękny. Błogosławił nam nasz dobry znajomy ojciec
dominikanin, po którym spodziewaliśmy się ciekawego kazania. Nie
rozczarowaliśmy się, nasi bliscy również. Oprawę muzyczną sprezentowała nam
schola dominikańska w postaci naszych znajomych oraz chór, w którym śpiewa M. W
trakcie trwania uroczystości gryzłam wargi, żeby powstrzymać się od szlochów,
bo niestety nie udało mi się ich powstrzymać, kiedy szliśmy do ołtarza :P Teraz
gdy sobie o tym przypomnę, uśmiecham się sama do siebie, wspominam to wszystko
z rozrzewnieniem. Byłam taka rozemocjonowana…Na szczęśnie nie było żadnych
gaf i wtop. Przysięga poszła gładko i bez przejęzyczeń (bo obowiązkowo była
nauczona, nie powtarzana za księdzem). A muszę się przyznać, że przed ślubem
prześledziłam wiele filmów na youtube o ślubnych wpadkach :D Chyba z jakichś
niewytłumaczalnych masochistycznych pobudek.

Ponad całą piękną ceremonię, cudne kwiaty i miłe przyjęcie
weselne, ponad to wszystko najważniejszy dla mnie i najbardziej wzruszający był
widok ludzi, którzy zjawili się na naszym ślubie. A w szczególności jednych z
najważniejszych dla mnie osób. Udało się być na ślubie mojej mamie. Nawet
została chwilę na przyjęciu. Były koleżanki z obu moich pobytów w szpitalu.
Była moja wychowawczyni razem z moją ukochaną nauczycielką polskiego z
gimnazjum. I była też Ona, moja psycholog. Moja kochana I., która składając nam
życzenia nie kryła dużego wzruszenia. Z moich poprzednich notek dobrze wiecie,
jak ważną była ona dla mnie osobą. To, że była ze mną w tym bardzo ważnym dla
mnie dniu jest dla mnie po prostu bezcenne. Nigdy tego nie zapomnę i do dziś
wspominam nieraz tę radość. Radość, która dodaje mi otuchy w gorszych chwilach.

Chciałabym móc napisać dziś, że „żyła długo i szczęśliwie,
pokonawszy wszystkie swoje demony”. Chciałabym, ale nie byłaby to prawda. Demony
wciąż są a ja staram się jak mogę, by nie pozwolić im urosnąć w siłę. Od
momentu rozstania z terapeutką nie szukałam nikogo innego. Nie jestem pewna,
czy jest mi dobrze tak, jak jest? Chyba nie do końca. Ale, czy kiedyś będzie
dobrze tak „do końca”? Czy to w ogóle możliwe?