Witajcie po długiej przerwie! Tak jak w temacie, okres sesji minął, czuję się przecudnie i aż chce się żyć. Bardzo źle znoszę ten czas, kosztuje mnie to wszystko mnóstwo stresu, trudno mi podejść do tego z dystansem. Ale może tak lepiej? Przynajmniej nie muszę się potem martwić poprawkami ;)
Zadziwia mnie mój własny organizm. W czasie sesji pochłaniałam spore ilości jedzenia, w tym niekoniecznie zdrowego. Czekolada i żelki stały się moimi nieodzownymi towarzyszkami ;) A okazuje się, że wciąż mam problem z utrzymaniem wagi poszpitalnej. Nie dość, że nie tyję, to trudno mi właśnie utrzymać wagę, jedząc na prawdę spore ilości. Moja prywatna teoria mówi, że wchłanianie wiedzy ogranicza wchłanianie nadprogramowych kalorii do organizmu ;) Skłamałabym gdybym powiedziała, że mnie to nie cieszy…cieszy i to bardzo. To znaczy, że mój metabolizm jest całkiem sprawny. Ale pojawia się ambiwalencja. Obiektywnie rzecz biorąc powinnam jeszcze przybrać kilka kg. Moje BMI wciąż plasuje się poniżej 17,5.
Ale Bogiem a prawdą…jest mi dobrze tak, jak jest. Z jedzeniem jestem już w przyjaznych stosunkach. Z moją wagą…bywa różnie. Ale idę do przodu. Powoli. Nie chciałabym nagle zawrócić lub zboczyć ze ścieżki. Codziennie powtarzam sobie, że teraz już będzie tylko lepiej.
Czuję nadchodzącą wiosnę. Ogarnia mnie rozrzewnienie i radość na samą myśl o odpoczynku gdzieś na łonie przyrody, gdzieś w pięknym miejscu, bez pośpiechu. Już niedługo. Takie chwile cieszą. Takie chwile tworzą życie. Czy nie warto dla nich żyć?
Warto.