chce-zyc blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2009

[63]

Brak komentarzy

Iga: O jacie, ale będę gruba po tych świętach!!
M.: Nareszcie!!

:D

[62]

8 komentarzy

Bardzo dużo się we mnie podziało od ostatniego wpisu. Żyję bardzo
intensywnie – w sensie emocjonalnym raczej, niż przyziemnym. Żałuję, że
nie jestem w stanie zamrozić swoich uczuć, zahibernować ich,
przynajmniej na zimę. Emocje pochłaniają większą część mojej energii,
niewiele jej zostaje do spożytkowania w innych obszarach życia. Jestem
zmęczona.
Byłam u lekarki. Dla mamy nic nie załatwiłam. Lekarka poradziła mi
poszukać lekarza w internecie, okazuje się jednak, że to również nie jest
prosta sprawa. Jeżeli chodzi o mnie, to umówiłyśmy się na po świętach,
że wypisze mi skierowanie do tej psycholożki ze szpitala.
Prawdopodobnie jednak nie skorzystam.
W czwartek byłam u terapeutki. Świadomość, że miało to być nasze
ostatnie spotkanie spowodowała w mojej głowie morze myśli, poplątanych
jak węzeł gordyjski, nie mogłam przez długi czas dojść z nimi do składu
i zdecydować o czym powinnam porozmawiać przez te ostatnie 50 minut.
Tyle rzeczy było do obgadania…Jadąc wieczorem z zajęć, prosto na to
spotkanie, układałam w głowie to, co chciałabym jej
powiedzieć. Starałam się wyłonić najważniejsze rzeczy. W tamtym
momencie jednak wszystko było najważniejsze. I ja chciałam powiedzieć
jej to wszystko. Chciałam powiedzieć o tym, co czułam przez ten
długi okres, kiedy się nie widziałyśmy i kiedy wiedziałam już, że z
powodu braku funduszy nie będę mogła kontynuować u niej terapii.
Chciałam wyrazić cały żal, złość, gniew i nienawiść, które przeplatały
się ze smutkiem i jednocześnie z wdzięcznością za to, co dla mnie do tej pory
zrobiła. Była to już jedyna okazja, żeby to wreszcie zrobić. Gdy
jechałam w autobusie z oczu leciały mi niekontrolowane grochy,
szczęśliwie jednak miałam wielki czarny szal, którym okręciłam prawie
całą twarz. Mogłam sobie szlochać do woli.
Gabinet był bardzo przytulny. Fotele za wygodne (:P). Pomyślałam sobie
od razu, jak strasznie zazdroszczę tym, którzy mogą się z nią jeszcze
spotykać. Jeszcze przed rozpoczęciem sesji miałam ogromne poczucie
straty. Myślę jednak, że spotkanie przebiegło bardzo pozytywnie. Wiem, że
najważniejsze rzeczy zostały powiedziane. Tylko…co dalej? Po wyjściu
z gabinetu miałam przeczucie rychłego końca świata. I miałam na niego
nadzieję. Było późno, ciemno i wiało śniegiem. Achhh, jak strasznie chciało mi się
krzyczeć ze smutku i bezsilności! Nie miałam pojęcia jak będę w stanie
przetrwać kolejny dzień i kolejny….i wszystkie następne dni w
świadomości, że jej już dla mnie nie ma. Myślenie o tym było ponad moje
siły, a jednak nie mogłam nic zrobić, żeby o tym nie myśleć. Musiałam
doczekać momentu, aż przeszkodzi mi w tym sen.
Piątek był wyjęty z kalendarza. Snułam się pół żywa, z myślami w innym
świecie. Nie pamiętam prawie nic. Wiem jedynie, że byłam z M. gdzieś w
galerii. Cały dzień starałam się trzymać w kupie. Rozklejenie się mogło
grozić katastrofą. Jednak wieczorem, kiedy jechaliśmy w tramwaju, tama
gwałtownie pękła i więcej nie mogłam się już hamować. Dobrze, że był M.

Sytuacja z końcem terapii okazała się być ponad moje siły. Powiedziałam
M. o wszystkim, co teraz czuję,  że świadomość, że ta terapia
skończyła się nienaturalnie, dodatkowo mnie dobija. Zaproponował więc,
że opłaci mi jeszcze kilka wizyt, dopóki sama nie doprowadzę jej do
końca. Moja radość była wielka. Wiadomość ta podniosła mnie na duchu.
Wiem, że nie będzie to wiele spotkań, jednak mam szansę, żeby
doprowadzić ten etap do końca, po mojemu, ułożyć sobie wszystko tak,
żebym ze spokojem mogła pójść w dalszą drogę. Jedyne, czego pragnę, to
spokój ducha. Pragnę świadomości, że zrobiłam wszystko tak, jak
powinnam, i że koniec terapii był moją decyzją a nie kwestią
przypadkowych okoliczności. Kwestia kontroli, jak zresztą nie pierwszy
raz w moim życiu, gra tu ogromną rolę.
Zadzwoniłam do terapeutki rano następnego dnia. Umówiłyśmy się na 14 stycznia. Jeżeli ktoś się wykruszy, być może będzie to tydzień wcześniej. Tak bardzo się cieszę…

[61]

4 komentarzy

Czytam bardzo dokładnie to, co mi piszecie w komentarzach. Jest mi miło, że nie jestem Wam obojętna, że próbujecie pomóc mi znaleźć rozwiązanie tej sytuacji. Jest wiele możliwości. Tak jak pisała Asia35, mogłabym szukać pomocy dalej. I być może jutro przy okazji wizyty u lekarki z pierwszego pobytu w szpitalu (tym razem w sprawie mojej mamy, której potrzebuję załatwić psychiatrę do domu) zarejestruję się do psycholożki, z którą pracowałam przez chwilę na oddziale. Jednak nie nastawiam się na dłuższą „terapię”, potrzebuję raczej jakiejś rozmowy, która pomogłaby mi rozeznać się w mojej obecnej sytuacji. Być może okaże się, że będę starała się stanąć na nogi o własnych siłach. Bez specjalistów, którzy nie są w stanie spełnić moich oczekiwań. Nie dlatego, że są nieprofesjonalni, tylko dlatego, że ja mam tendencję do nieodpowiedniego lokowania uczuć i potrzeb. Potrzebuję rodziców, których jednak w terapeutach/ lekarzach nie odnajdę. Moim zadaniem jest nauczyć się być swoją własną matką i ojcem, pozbyć się nieustającej chęci regresji, powrotu do tego, co było – do nieporadności, zrzucenia z siebie części odpowiedzialności za własne życie. A tego nie mogę zrobić. Nie jestem jednak pewna, czy jestem już gotowa na takie „samodzielne” życie. Dlatego być może będę potrzebowała jeszcze kilku konsultacji. Wszystko okaże się w praktyce.
W przyszły czwartek idę na ostatnie spotkanie z moją terapeutką, z którą zaczęłam współpracę ponad 2 lata temu. Tym razem do prywatnego gabinetu. Stwierdziłam, że jestem w stanie zapłacić jej za tę jedną wizytę. Jest mi jednak tak strasznie przykro. I dlatego właśnie…nie zniosłabym kolejnych tego typu rozczarowań i bólu. Bardzo się boję tej wizyty, bo kocham tę osobę. A muszę jej powiedzieć „do widzenia” i jak gdyby nigdy nic zacząć życie bez niej. A ja wciąż całymi tygodniami mam ją w głowie i zastanawiam się, co ona by powiedziała w takiej czy innej sytuacji, co by o mnie pomyślała. Ciekawa jestem jak długo to jeszcze potrwa. Zastanawiam się czasami, czy gdyby ta terapia zakończyła się normalnie, czyli po prostu zwykłym dojściem do końca kontraktu, moim dobrym samopoczuciem i moją własną decyzją o jej zakończeniu, czy wtedy bolałoby trochę mniej? Może wtedy nie męczyłoby mnie to nieustające poczucie „porzucenia”, które wiem, że jest irracjonalne, ale którego nie mogę się pozbyć?
Niestety nie jest tak jak pisała Małe Zuo, że mam przekonanie, co jest słuszne. Chciałabym, żeby tak było. Może rzeczywiście coraz bardziej do tego dochodzę. Ale jeszcze nie mam pewności. Tak strasznie nie chciałabym jeszcze zostawać sama!! Chciałabym wykrzyczeć na głos, żeby mnie nie zostawiała, nie opuszczała, nie pozbawiała mnie siebie i tego poczucia bezpieczeństwa, które miałam, gdy wiedziałam, że ona jest. Cholera, nie ma sensu żebym się tu tak nad tym rozczulała. Tego się nawet nie da opisać słowami, takie rozstania są dla mnie prawdziwą traumą. I przykro mi, że M. musi widzieć mnie w takim stanie, to, jak bardzo to przeżywam. Mówi mi, że dam radę. Tak, jakby to było takie oczywiste…Tak, dam radę, ale to jest tak CHOLERNIE NIESPRAWIEDLIWE.
Coś straszliwie trzyma mnie za gardło. Mam ochotę wrzeszczeć, wywrzeszczeć, że TAK NIE POWINNO BYĆ!!!
Ale jest.
I będzie.
A potem zapomnę i przyjdą inne problemy. Taka kolej rzeczy. Tylko dlaczego nie umiem dostrzec jakiejś radośniejszej perspektywy?

[60]

7 komentarzy

Długo nie pisałam….Właściwie opuszczają mnie siły na pisanie bloga.
To, co się teraz ze mną dzieje nie nadaje się do opisywania w tym
miejscu. Przeżywam załamanie i bardzo dużo sił, zarówno mentalnych jak
i fizycznych, kosztuje mnie zmaganie się z nim. Martwi mnie moja
przyszłość i moje zdrowie. W skrócie powiem, że lekarz poinformował
mnie, że ostatecznie żaden terapeuta nie ma już miejsca w grafiku na
kolejną pacjentkę. Zostałam bez terapii. Nie wiem w ogóle jak to
wszystko ogarnąć. Moja rzeczywistość mnie przerasta. Nagle wszystko
uległo zmianie…tak zupełnie nagle, bez przygotowania….zostałam
sama…bez pomocy….jak gdyby nigdy nic. Nie mówię oczywiście o
całkowitym braku wsparcia, bo jest przecież M., który robi wszystko, co
w jego mocy, by mi dodać sił. To jednak nie jest moje widzimisię, że
cierpię psychicznie. Świadomość jego obecności jest bardzo kojąca. Ale
kiedy nachodzą momenty zwątpienia i zalewa fala rozpaczy, nic
pozytywnego nie jest się w stanie przebić do świadomości. Istnieję
tylko ja i ta czarna rozpacz. Całą sobą doświadczam wtedy potężnej
emocjonalnej regresji, wszechogarniającej potrzeby symbiozy z
omnipotentną matką. Matką, która znajdzie rozwiązanie wszystkich
problemów, która ochroni przed złem całego świata, przy której nie
będzie się trzeba bać. Przy której będzie można zapomnieć. Boję
się, że nigdy nie znajdę wsparcia w sobie. Jak na razie potrzebuję go
mnóstwo z zewnątrz. Nie umiem się jeszcze opiekować sama
sobą…zupełnie nie wiem jak żyć.


  • RSS