chce-zyc blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2009

[59]

10 komentarzy

Nie wiem jak wiele jeszcze cierpliwości dam radę z siebie wykrzesać. Dziś po raz kolejny dzwoniłam do lekarza zapytać się o moją terapię. I tym razem odprawił mnie z kwitkiem. Stwierdził najzwyczajniej w świecie, że nie udało mu się jeszcze nic ustalić w tej sprawie. Powiedział mi jedynie „proszę o jeszcze trochę cierpliwości” i kazał zadzwonić za tydzień….po czym nie czekając na moją odpowiedź (czy jakąkolwiek reakcję!!) powiedział „do widzenia” i odłożył słuchawkę. Nawet nie wiem, czy zdążyłam mu odpowiedzieć…I zamiast zdenerwować się na niego ja od razu sobie pomyślałam „a może ja po prostu zasługuję na takie traktowanie?” No i niestety cały dzisiejszy dzień był już naznaczony poczuciem bycia nikim, kimś, kogo można lekceważyć i poniżać. Cała moja percepcja była nastawiona na wykrywanie sygnałów potwierdzających moją beznadziejność. Mimo że zdawałam sobie sprawę z tego mechanizmu, nie miałam za grosz siły, żeby się temu przeciwstawić. Jadąc w tramwaju na uczelnię w ramach autoterapii jak mantrę powtarzałam słowa „to uczucie niedługo minie, to uczucie niedługo minie”… Na nic się to zdało. Niestety, nie tym razem. Chociaż wiem, że ono kiedyś rzeczywiście minie, jest mi cholernie przykro, że nie potrafię sama sobie z nim poradzić. Że muszę czekać, aż mi po prostu „przejdzie”.
Czuję, że cholernie potrzebuję teraz terapii. A nie jestem pewna, czy chcę mieć ją u kogoś pokroju doktora C, który za nic ma ludzi zgłaszających się do niego po pomoc (a może to tylko mnie ma za nic?) Nie wiem co będzie dla mnie dobre. Nie wiem nic :(

[58]

4 komentarzy

Dziękuję wszystkim za wsparcie i dobre słowo.
Dziś mija drugi tydzień mojej samodzielności. Myślę, że dobrze sobie radzę. Po wyjściu ze szpitala, tak jak się tego spodziewałam, moja waga szybko spadła o 1 kg. Nie jest to nic dziwnego, skoro mało aktywne życie szpitalne nagle zamieniłam na bieganie na zajęcia, naukę i inne. Udało mi się jednak odzyskać ten kilogram. Prawie cały. Dlaczego o tym piszę…
W tym tygodniu miałam dzwonić do lekarza i dowiedzieć się co i jak z moją terapią w klinice. Ponieważ nie mogłam się dodzwonić, wczoraj przy okazji odwiedzin koleżanki w szpitalu udało mi się do niego zagadać. Lekarz zapytał się mnie ile ważę, bo wyglądam jakoś „chudo”.. (??!!) A ja, pamiętna swojego sukcesu odzyskania prawie całej utraconej wagi, powiedziałam mu, że ważę jedyne 100g mniej, niż w czasie wypisu. A on na to….”Pani Igo, zapomniałem pani powiedzieć, że warunkiem uczęszczania na terapię jest to, że pani nie będzie spadać z wagi”. Spadać z wagi? Toż ja przecież przytyłam właśnie! Jestem lżejsza, do jasnej cholery, o jedyne 100g !!!!!!!!!!!!
To przecież nie jest nawet szklanka wody!! Po czym dodał „proszę w takim razie zadzwonić w środę, jeżeli pani odzyska wagę”…
omg…opadły mi ręce. Zabrakło mi słów i wryło mnie w ziemię. Fajnie. ok. genialnie. Rzeczywiście nic mi takiego wcześniej nie mówił. Powinien więc, skoro to jego niedopatrzenie, przyjąć mnie już na tę terapię. I egzekwować przestrzeganie tej zasady od następnego razu! W domu nie mogłam sobie darować, że nie walczyłam o swoje. Że nie powiedziałam mu, że czuję się literalnie olana. To nie fair, ja się naprawdę staram i nie mam sobie NIC do zarzucenia. I nie powinien był mnie tak potraktować, ponieważ nie mam nawrotów objawów i bez problemu mogę zacząć terapię. Nie wiem, na prawdę nie wiem dlaczego tak bardzo przyczepił się do tych głupich..100 gram :(
Wieczorem spotkałam się ze znajomymi z oddziału, w tym A., która dziś dostała wypis. Mimo że na oddziale trzymałam ludzi raczej na dystans, teraz czułam, jak bardzo się z niektórymi zżyłam. Szczególnie z A. W końcu łączy nas bardzo wiele. Z oddziału wyciągnęłam jedną ważną lekcję; że do szczęścia potrzebuję innych ludzi, że odgradzając się od nich tracę możliwość przejścia przez życie w pełni, gdyż tego nie da się dokonać w samotności.
Chyba że chcemy być jak Nietzsche.

[57]

2 komentarzy

Czuję wokół siebie jakąś nieopisaną pustkę. Czuję, że stoję w miejscu. Nie potrafię się skupić na rzeczach przyziemnych. Nie odczuwam już prawie żadnej przyjemności. Chciałabym ją poczuć chociaż przez chwilę. Wtedy miałabym odrobinę pewności, że jestem w stanie być kiedykolwiek szczęśliwa. Nic mnie nie cieszy…a tak bardzo chciałabym czerpać radość z codzienności. Moje ukochane studia są uciążeniem, moje marzenia blakną na moich oczach. Wszystko wydaje się być ciężarem. Nawet najbliźsi… to bardzo boli.
Potrzebuję jakiegoś planu na przyszłość. Czegokolwiek. Tak, żeby móc się uczepić i dążyć do celu, choćby się paliło i waliło. Bo do tej pory tak łatwo było mi rezygnować z wszystkiego, kiedy tylko poczułam, że nie daję rady. A potem żałowałam. Nie potrafię zdecydowanie dążyć do celu. Nie potrafię dążyć do niego nawet niezdecydowanie…Często zdarza mi się utknąć w połowie drogi i już nigdy jej nie ukończyć…W ten sposób nie zajdę nigdzie…

Pierwsza terapia po 3 miesiącach minęła w mgnieniu oka. Teraz będę musiała zdecydować gdzie kontynuować terapię. Tej decyzji na razie również nie potrafię podjąć. Zostanie przy obecnej terapeutce wiąże się z dodatkowymi kosztami, ponieważ będzie mnie mogła przyjmować jedynie prywatnie. Boli. Wizyty u niej są jednymi z najważniejszych wydarzeń w mojej codzienności. Potrzebuję jej jak tlenu.
(…)
Marzę o tym, by kiedyś nadszedł taki czas, żebym nie miała takich potrzeb.

No i stało
się. W piątek po południu oficjalnie stałam się wolnym człowiekiem.
Wypisałam się za zgodą lekarza, mimo że na własne żądanie. Interesujące, że nawet
będąc nieobecną moja terapeutka dała mi się we znaki, gdyż okazało się,
że…nie uzupełniła mojego wypisu (???!!!) Mam się po niego udać dopiero w
czwartek (haha, czyli nie tak do końca jestem wolna oficjalnie :P). Mam za sobą
prawie 3 miesięczną słodko-gorzką terapię życia. I szczerze mówiąc, nie
wytrzymałabym jej ani dnia dłużej!! To były najcięższe 3 miesiące mojego życia.
O Boże. Jak sobie pomyślę, że jeszcze niedawno od kilku godzin byłabym już na
oddziale z powrotem po weekendowej przepustce, zastanawiam się, jak ja byłam w
stanie się zmusić, żeby za każdym razem tam wrócić? Tak. Za każdym razem
musiałam przebyć ze sobą poważną rozmowę, jak kobieta z kobietą, i przekonać
się do powrotu do miejsca, w którym przecież z własnej woli się umieściłam. Pokręcone
to wszystko. Całe to doświadczenie było szalenie pokręcone! Pewnie kiedyś je
docenię. W chwili obecnej widzę je raczej w ciemnych barwach. Czuję potworne
zmęczenie na myśl o tym wszystkim, co było mi dane tam przeżyć. Muszę sobie to
jeszcze na spokojnie przetrawić.
A tymczasem pora by z powrotem zaadaptować się do nowej-starej rzeczywistości.
Witajcie studia! Witaj kolejko do ksero i gorąca czekolado z automatu!

*trying to
sound happy*

W
rzeczywistości jednak czuję silny lęk i nie opuszczają mnie obawy. Ale nie będę
się rozwodzić na ten temat i ani myślę użalać się nad swoim „losem”.
Jestem ciekawa. Ciekawa jutrzejszego (właściwie już dzisiejszego) dnia i
pierwszych zajęć w tym roku akademickim. Stęskniłam się też za ludźmi… 

Z
niecierpliwością czekam na informacje odnośnie stypendium. Niedawno zostałam wprawiona
w osłupienie, kiedy mój USOS-web poinformował mnie, że mam najwyższą średnią na
roku. Cuda czasem się zdarzają :D Wolałabym jednak umieć się wykazać w inny
sposób. Co innego oceny w indeksie a co innego praktyczne umiejętności i
zdolności, które u mnie ograniczone będą do czasu przełamania paraliżującego
strachu w różnych społecznych sytuacjach. Psycholog, który boi się ludzi? To są
dopiero jaja.

A teraz
udaję się już na spoczynek i życzę sobie, żeby przyśniły mi się różowe puchate
króliczki.


  • RSS