chce-zyc blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2009

[55]

7 komentarzy

Odnośnie komentarzy do poprzedniej notki:
Pierwszy raz rozmawiałam z lekarzem 2 tygodnie temu i powiedziałam mu, jak strasznie czuję się w związku z zakomunikowaniem mi przez terapeutkę, że z końcem października kończy staż na oddziale. Wtedy jeszcze nie myślałam o tak szybkim wypisie. On jednak mnie poinformował, że ponieważ „już niedługo będę opuszczać oddział”, nie byłoby wskazane, żebym rozpoczynała terapię indywidualną z kimś innym, ponieważ tworzenie relacji terapeutycznej trwa dłuższy czas (w dodatku ja bardzo intensywnie się przywiązuję i potem przeżywam rozstania). Wtedy uderzyło mnie stwierdzenie, że „niedługo” będę wychodzić z oddziału (co tak właściwie znaczy „niedługo”?? w tym tempie, w którym teraz odzyskuję wagę, może to potrwać jeszcze wiele tygodni :/) Odebrałam to jako komunikat „już tu pani nie chcemy”, chociaż racjonalnie wiem, że wcale tak nie musi być.
Jeżeli chodzi o terapię grupową, to niestety nie da się tego nazwać terapią. Przez większą cześć sesji nikt nic nie mówi, zdarza się, że siedzimy w ciszy przez 30 (!!!) minut, po czym ktoś powie „to może ja dziś zacznę”, i wtedy męczy się strasznie, bo tak na prawdę wcale nie chce mówić tego, co zaczął, jednak lepsze to niż umieranie z nudów przez następną godzinę. Koszmar! Ja doszłam do wniosku, że nie mam już o czym rozmawiać na grupie. Mogę co najwyżej wejść w dialog z kimś innym. Sama nie czuję już potrzeby „żalenia się”, chciałabym móc już wrócić do życia i móc przemienić teorię w praktykę, potencję zamienić wreszcie w akt!
Chciałabym Was uspokoić i zapewnić, że moja decyzja wyjścia z oddziału nie jest ucieczką ani poddaniem się nieświadomej sile anoreksji. Moja anoreksja nie jest (już) nieświadoma. Tak jak pisałam wcześniej, została mi zabrana cała ta iluzja, która do tej pory trzymała mnie w chorobie. Nie byłabym już w stanie wrócić do tego, co było. Zresztą, ja tego nie chcę.
Gdzieś w głębi czuję, że od szpitala otrzymałam już wszystko, co mogłam otrzymać. Dalsze siedzenie tam będzie bez sensu, ponieważ lekarz chce mnie tam trzymać tylko i wyłącznie z powodu mojej niskiej wagi! (Niskiej = nie takiej, którą wymaga kontrakt do wypisu). Ale z wagą sobie poradzę. Ja potrzebuję, tak jak pisałam, terapii indywidualnej. Być może nie umiem korzystać z grupowej, być może trafiłam akurat na grupę beznadziejną (wiem, że sama jestem częścią tej grupy). Mniejsza z tym. Mam potrzebę wyjścia z oddziału i sprawdzenia się w końcu w swoim własnym życiu. Kiedy będę mogła zaufać samej sobie, jak nie teraz?
Ja nie mam zamiaru rezygnować z leczenia! Będę chciała uczestniczyć z psychoterapii, jeszcze jakiś czas będę jej na pewno potrzebowała. Rezygnacja z oddziału wcale nie oznacza poddania się chorobie :) Ja jestem o to spokojna.

[54]

3 komentarzy

Napisanie tej notki będzie ostatnią czynnością jaką zrobię przed pójściem spać :)
Siedzę i rozmyślam nad tymi wszystkimi tygodniami, które spędziłam na
oddziale i ten czas wydaje mi się taki…nierealny. Tak niesamowicie
szybko to wszystko minęło! Na naszym oddziale oprócz grupy osób z
zaburzeniami jedzenia jest jeszcze grupa osób z „nerwicą”, którzy
uczestniczą w cyklicznej 3-miesięcznej terapii grupowej. Ja przyszłam
na oddział jakieś 2 tygodnie po rozpoczęciu tej właśnie grupy. Jutro ich terapia się kończy. Kilkunastoosobowa grupa wychodzi z oddziału a na jej
miejsce przychodzi inna. Znów nowi ludzie, nowi stażyści. Niestety,
razem z tą grupą kończy staż moja psychoterapeutka i dziś miałam z nią
ostatnie spotkanie. A dowiedziałam się o tym 2 tygodnie temu…Było
i jest mi z tym źle. Doktor C. powiedział, że już nie dostanę nowego
terapeuty, zostaje mi więc tylko psychoterapia grupowa. Czy muszę pisać
jak się wtedy poczułam?? Czy jest dla mnie właściwie jeszcze miejsce na
tym oddziale? Po wielu przemyśleniach doszłam do wniosku, że na mnie
też już pora. Rozmawiałam wczoraj z doktorem C., spytałam go o jego
stosunek do mojego planu wyjścia w następny piątek. Nie dał mi
odpowiedzi, powiedział, że musi się w takim razie skonsultować z
zespołem, ponieważ nie dotarłam jeszcze do końca kontraktu. Kontrakt
kończy się wraz z osiągnięciem odpowiedniej wagi i utrzymaniem jej
przez jakiś czas. W takim razie zostaje mi wypis na własne żądanie.
Chcę już wrócić do swojego życia. Chcę stanąć na nogi i stawić
czoła…sobie.

[53]

4 komentarzy

Czasami za Cervantesem zadaję sobie pytanie:
„Czy wolisz być mądrym, lecz szalonym, czy głupim, ale przy zdrowych zmysłach?”
No właśnie. Czasami dałabym wszystko, żeby móc pozbawić się samoświadomości, żyć przewidywalnie, ale spokojnie. Tęsknię do powierzchowności i braku głębi, pragnę nie myśleć i nie zastanawiać się. Ale tylko czasami. Wiem, że nie jest to już możliwe. Zbyt szeroko otworzyłam oczy. Nie da się wrócić do tego, co było, samooszukiwanie się nie jest już tak bardzo możliwe. Jestem naga i pozbawiona swoich iluzji.
Rozpad iluzji wiąże się z przerażającą świadomością wolności. Jestem skazana na wolność, a przez to na odpowiedzialność za własne wybory. Dalsze chorowanie również byłoby moim osobistym wyborem. Nie da się położyć winy za chorowanie na karb jakiejść wyższej siły, panoszącej się w moim umyśle. Mój umysł – to ja. W niesprzyjających warunkach wykreowałam sobie anoreksję, żeby pozbawić się wolności wyboru i ciężaru odpowiedzialności. W chwili obecnej docieram do rdzenia boleści.
Szaleństwo – witaj.

[52]

Brak komentarzy

Od jakiegoś czasu próbuję napisać nową notkę i nie bardzo mi się to udaje. Jakoś tak trudno mi sklecić jedno sensowne zdanie… Poprzestanę więc na razie na tym, że bardzo miło mi się zrobiło po przeczytaniu komentarza kasztanki :) Czy mogłabym Cię prosić o jakiś kontakt do siebie? To fakt, drugiego takiego pielęgniarza jak pan A. można ze świecą szukać ;) Cieszę się, że Ci się udało!! Ja jestem ostatnio w gorszym nastroju. A wiem, że „samo” się nic nie zrobi. Eh.

[51]

2 komentarzy

Wczoraj napisałam długą i osobistą notkę, po czym koleżanka dobrała mi się do komputera chcąc sobie coś przegrać i wyłączyła mi okno…No comment…Byłam wściekła i bezradna i nie miałam ochoty pisać jej jeszcze raz… Być może był to jakis znak :P But yet,
Studnia bez dna napisała mi w komentarzu bardzo ważne słowa: „przegrana bitwa nie swiadczy o wyniku wojny”. To powszechnie znana prawda i prawda bardzo ważna. I dzięki Ci Studnio, że mi ją przypomniałaś :) Ostatnio odnoszę wrażenie, że zbyt często o tym zapominam i bardzo boleśnie przeżywam każdy upadek, każdą porażkę w „bitwie”. Zdarza mi się, że ludzie pytają mnie, czy terapia tu mi pomaga, czy czuję się lepiej. Na pierwsze pytanie nie jestem w stanie odpowiedzieć, szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak to jest. I być może okaże się, że dopiero po wyjściu docenię to wszystko, co tu przeżyłam i czego się nauczyłam. Na razie tego nie wiem…A w kwestii mojego samopoczucia…przychodzi mi do głowy takie porównanie: czy chemioterapia jest przyjemna? Czy wyrywanie zęba daje pozytywnego kopa? Ja się czuję, jakbym uczestniczyła w tym wszystkim jednocześnie. Nie, nie czuję się dobrze. Więcej – byłoby to dla mnie bardzo dziwne, gdybym się tak czuła. Ja tu rozdrapuję rany, mierzę się ze swoimi lękami i niechcianymi emocjami. Wściekam się na terapeutów, często mam ochotę wydrapać im oczy i rozwalić wszystko, co mi się nawinie w ręce. Jestem wykończona złością, która targa mną niemal codziennie. Czuję się jak huragan, który nie wie dokąd zmierza, a który niszczy wszystko, co napotka na swej drodze. Często nie mogę już wytrzymać sama ze sobą, tak bardzo chciałabym wyjść ze swojej skóry…Tak właśnie wygląda moja terapia. Ale ufam (może naiwnie), że po burzy wychodzi słońce. I dziś już czuję się znacznie lepiej, wreszcie udało mi się odetchnąć po weekendzie pełnym wrażeń i burzliwej czwartkowej terapii. Wierzę, że nie zawsze w moim życiu będę mieć pod górkę, wierzę, że kiedyś zacznę normalnie funkcjonować. Chociaż uwierzyć w to jest mi bardzo trudno, kiedy widzę, jak bardzo jestem jeszcze poraniona i nie pogodzona z pewnymi faktami. Terapia boli i czasami sama się zastanawiam, co mnie jeszcze trzyma przy jej kontynuowaniu…

[50]

4 komentarzy

Witam. Pamiętacie Englę Louise Lernas? Pisałam o niej jakiś czas temu. Ta 28 letnia kobieta nadal przebywa w szpitalu, gdzie sztab specjalistów pomaga jej w wyjściu z piekła, jakim jest anoreksja. Trafiając do szpitala Engla była w strasznym stanie. Nie dała rady chodzić już o własnych siłach…

Niedawno trafiłam na to oto zdjęcie:

Bardzo się wzruszyłam tym widokiem. Engla wciąż walczy, ja trzymam za nią kciuki bo wiem, że zdrowie jest możliwe. To przykre jednak, że anoreksja wyrządziła tak duże spustoszenie w jej ciele. Przed nią niestety jeszcze wiele cierpienia, zanim jej ciało zacznie prawidłowo funkcjonować. Mam nadzieję, że jej historia będzie przestrogą dla wielu innych młodych (i starszych) osób. Ja miałam duże szczęście, moja choroba nie zdążyła pozbawić mnie płodności, moje kości i mięśnie dadzą radę się zregenerować. Jednak pozostałości po chorobie nie znikną tak szybko. Jeszcze długo będę musiała leczyć zęby czy zapuszczać zniszczone włosy.
Ale patrzę do przodu. Nie zmienię przeszłości i nie odzyskam straconych dni. Czasem jeszcze rozczulam się nad swoją „naiwnością” i mam sobie za złe wiele zmarnowanych w życiu szans. W przyszłości chciałabym móc sobie to wszystko wybaczyć, a teraz chcę iść do przodu w swoim tempie i nie oglądać się już za siebie.

Przyszedł październik a z nim nowy rok akademicki. Kilku znajomych ze studiów wie, że jestem na leczeniu. Inni zaczynają pytać, co się ze mną dzieje. Zadano mi więc dziś pytanie „co powinniśmy w takiej sytuacji odpowiadać?” Zastanawiałam się nad tym od jakiegoś czasu. I właściwie dość szybko udało mi się postanowić: prawdę. Choroba to część mojej historii, nie uda mi się ukrywać tego faktu przez całe życie. I tak na prawdę wcale tego nie chcę. Wiem, że wiele osób tak żyje. Okazuje się jednak, że jest to śmiertelnie męczące. Ja popełniłam w swoim życiu wiele błędów, ale teraz już bez strachu chcę stawić czoła ich konsekwencjom.

[49]

3 komentarzy

Witajcie po długiej przerwie! Mam możliwość skorzystania z modemu kolegi z oddziału, więc postanowiłam napisać :) Nie pisałam długo, bo brakowało mi czasu na przepustkach, a czasem także pomysłu na notki. Bo dzieje się tyle rzeczy…że nie wiem o czym pisać, żeby nie powstał mi jakiś esej na kilka stron ;)
Jestem na oddziale 7 tygodni, dopiero teraz jednak czuję, że coś zaczyna się dziać. Okazuje się również, że wcale nie jest łatwo przytyć na lekkostrawnym szpitalnym jedzeniu. Moja waga raczej stoi w miejscu od jakiegoś czasu, ale to nie jest tak na prawdę istotne i nie o tym chcę pisać :) terapia idzie do przodu. Anoreksja to nie problem z wagą. Anoreksja to mnóstwo innych problemów, które kryją się pod warstwą objawów. I będę to powtarzać do znudzenia. Ja sama już to zrozumiałam i mimo, że jest cholernie ciężko, nie chciałabym się już cofać do „błogiej” nieświadomości i skupiania się na objawach. To fakt, chciałam być chorobliwie chuda, ale nie dla samego faktu bycia chudą. Ba, ja się nawet wtedy sobie nie podobałam. Byłam…obrzydliwa. Chodziło o coś dużo więcej…i niesamowitą ulgę daje mi rozmowa z osobami, które czują podobnie…że zadaniem objawów jest informowanie otoczenia chorego, krzyczenie o pomoc. Z drugiej strony, kiedy tę pomoc się już dostaje, objawy mogą służyć zatrzymaniu przy sobie osoby/ osób, które tej pomocy udzielają…Chora/ chory ma świadomość, że zdrowienie oznacza powolne stawianie kroków ku samodzielności i w ostateczności ponowne stawienie czoła życiu bez terapeutów i innych ludzi, którzy się nami zajmują…I to również może hamować proces zdrowienia. Tak na przykład jest w moim przypadku. Lub było. Idę do przodu, ale ta świadomość, że się „traci” tych ludzi…bardzo boli. A ja nie chcę, żeby bolało. Dlatego uczę się jak żyć, by bolało trochę mniej….Bo w życiu nie da się uniknąć bólu całkowicie ;) Bo to właśnie…życie.
Do usłyszenia, mam nadzieję, że wkrótce :)


  • RSS