chce-zyc blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2009

Witam serdecznie :) Korzystając z pierwszej weekendowej przepustki chcę poinformować czytelników, że żyję i mam się dobrze ;) Tak strasznie stęskniłam się za domem i za M.! Szczerze mówiąc, nie mam najmniejszej ochoty wracać w niedzielę na oddział :( Jest ciężko, bardzo ciężko. Każdego dnia mam chwile załamania, czasami nie wyobrażam sobie wręcz możliwości całkowicie „normalnego” życia…Nie wiem do końca czy szpital był dobrym pomysłem. Nie wiem, ale próbuję. Mam wrażenie, że na tym etapie dałabym już sobie radę sama z chorobą. Zupełnie nie wiem co o tym wszystkim myśleć, na ile mogę sobie zaufać. To trochę przykre, że zatraciłam zdolność do immanentnej oceny własnego stanu psychosomatycznego. Nie wiem, na ile jestem czegoś pewna, a na ile coś mi się wydaje. Mówią, że jestem chora, że mogę sobie sama nie poradzić. Wiem, że byłam chora, ale nie wiem, czy nadal jestem… Komu mam zaufać?
Na razie dobrze się czuję ze swoim ciałem, jednak boję się dalej tyć. Nie chcę już tyć ale wiem, że potrzebuję. Jest ciężko. Bardzo pragnę już normalności, nie mam już siły i ochoty walczyć sama ze sobą, z własnym życiem. Bo i po co? Męczy mnie oddziałowa podejrzliwość, sprawdzanie i pilnowanie. Denerwuje mnie etykietka „zaburzonej”. Zaczynam się tam czuć bardziej chora, niż chyba jestem w rzeczywistości. A niech to. Mam mętlik w głowie…

Z bardziej pozytywnych rzeczy…otóż ja i M. zaręczyliśmy się :) Dokładnie w dniu mojego przyjęcia na oddział. Pierwszy dzień na oddziale to tzw. faza „0″, w której mogłam jeszcze jeść co chciałam i wychodzić gdzie chciałam. Poszliśmy więc sobie z M. na spacer na Wawel i tam nastąpił ten wyczekiwany przeze mnie od dawna moment ;) Kocham Cię, M. :* Napisz może jakiś komentarz, detektywie Ty ;)

[46]

3 komentarzy

Wracając jeszcze raz do filmu „Once”, o którym wczoraj pisałam, chcę powiedzieć, że jest tam wykonywana piękna piosenka „Falling slowly” (klik) Kiedy oglądaliśmy film z M., obojgu przyszło nam do głowy w tym samym momencie, że ta piosenka jest jakby napisana dla mnie…A ja bym powiedziała, że jest stworzona dla każdego, kto kiedykolwiek zmagał się w życiu sam ze sobą… Ale to nie jest piosenka o „falling slowly”. To jest piosenka o wznoszeniu się!


Raise your hopeful voice you have a choice…



You have suffered enough

And warred with yourself


It’s time that you won

(!!!!!!!!!!!!!!!!)


Drugi cytat dedykuję Wszystkim czytającym tego bloga, którzy kiedykolwiek doznali cierpienia ponad swoje siły.

Żegnam się na jakiś czas. Szczęśliwym zrządzeniem losu zostałam przyjęta na oddział zaburzeń odżywiania w Krakowie. Jadę jutro rano.
Jasne, że się boję ;)
Trzymajcie kciuki….

[45]

2 komentarzy

Chciałam w tej notce podziękować Wam wszystkim za komentarze. Są one dla mnie naprawdę ważne, każdy z osobna [a powtarzam to chyba któryś raz :) ].

Conspiration – mam wsparcie. Mam wspaniałego chłopaka,
który jest jednak „tylko” człowiekiem. Daje mi tyle wsparcia, ile
potrafi. Nie śmiem wymagać od niego więcej, niż jest mi go w stanie
dać. Ludzkie możliwości są ograniczone. Piszesz, że mam siłę. Nie
odpowiem, że to „nie prawda”, bo chyba sama zaczynam to dostrzegać.
Widzę, że jestem w stanie znieść z każdym dniem coraz więcej. Ale
okoliczności również są raczej sprzyjające. Moja sytuacja życiowa jest
bardziej stabilna niż wtedy, kiedy było ze mną naprawdę źle. Ciągle
zastanawiam się co będzie, jeżeli w moim życiu znów nastąpią jakieś
niespodziewane, przykre zmiany? Czy wtedy dalej będę mieć tę siłę do
walki o swoje życie? Wiem, że nie powinnam tak myśleć, z góry zakładać
najgorszego. Bo gdy się pojawi…to może zacząć dla mnie znaczyć, że
nie warto było się jednak starać…bo zło zawsze powraca i nie ma po co
z nim walczyć. Lepiej się poddać, spisać na straty…by mniej cierpieć
z powodu rozczarowań…Boję się tego. Boję sie nawrotu takich myśli,
boję się nawrotu choroby, w której mi wygodnie…
Szpetot, staram się ze wszystkich sił, by
anoreksja przestała być moją tarczą. Ponieważ Bogiem a prawdą, jest ona
raczej obosiecznym mieczem. Zadała mi już zbyt wiele ran, kiedy
obiecywała, że mnie obroni. Bez niej czuję się pusta. Na razie. Ale
wierzę, że życie wypełni mi kiedyś tę pustkę i doda mi więcej sił, niż
głodówkowa ekstaza.

Obejrzałam dziś film „Once”. Pierwszy od wieków film, na który nie
spojrzałam wcześniej na filmwebie, żeby zobaczyć opis czy recenzje :)
Jestem wniebowzięta. Polecam z całego serca ten film wrażliwcom. Jeżeli
dodatkowo kochacie muzykę, ta może Wam się spodobać :) Jak widać, jest
godzina pierwsza w nocy, a ja siedzę, słucham soundtracka, (płaczę), i
piszę tę notkę.

Życie może być piękne

!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

[44]

2 komentarzy

Są takie dni, dni takie jak dziś, gdy jedyne, czego się pragnie, to móc zapomnieć o całym świecie dookoła, nie myśleć, zasnąć. W takich chwilach bliscy ranią najbardziej, kiedy ich zwyczajna radość życia stawia nam wymagania ponad nasze siły. Nie jestem egoistką, choć zdarza mi się to słyszeć między wierszami. Postanowiłam zrezygnować z anoreksji, mojego najlepszego znieczulacza, który otępiał umysł i zawężał pole myślenia. A to było, do cholery, takie wygodne!! Było zdecydowanie lżejsze do wytrzymania niż to, co się ze mną dzieje teraz, kiedy straciłam swoją „tarczę”. Jestem naga, jestem bezbronna, wystawiona na ciosy rzeczywistości bez żadnej taryfy ulgowej. Nie ma drogi powrotu. Wolę śmierć niż anoreksję. Ale niech nikt nie waży się mówić, że za dużo myślę o sobie…

[43]

2 komentarzy

Nie jestem w stanie ogarnąć tego, jak bardzo mój nastrój jednego dnia różni się od tego z dnia poprzedniego. Często sen okazuje się zdolny wymieść z umysłu wszelkie emocje związane z doświadczeniami poprzedniego dnia. To niesamowite! Niesamowite a zarazem dziwne. Zważywszy na to jak czułam się cały wczorajszy dzień. Zaczął się on kłótnią z moim M., która zdusiła moją radość życia w zarodku. A na 16:00 byłam umówiona na terapię, po 3 tygodniowej przerwie. Mówiąc brzydko, wszystko po prostu szlag trafił. Przez chwilę myślałam nawet, że w takim nastroju nie ma co iść do psychologa, co najwyżej nabluzgać na M. Ale to mogę przecież zrobić ze swoją przyjaciółką…Byłam zła, że prawdopodobnie ta sesja będzie do bani, a przecież tak długo na nią czekałam! Koniec końców nie było źle. Chociaż miałam z psycholożką małe spięcie, które prawie w ogóle nam się nie zdarzają…Nie chcę rozwijać tego tematu, ale to wydarzenie pokazało mi, jak silnie jeszcze tkwią we mnie pewne sztywne reakcje związane z anoreksją (ale nie wiedziałam, że aż tak!)
Wieczór i pierwsze godziny nocne przebiegły w klimacie „rany-boskie-ja-tego-więcej-nie-wytrzymam!!”, w tym spazmowego szlochu i wtulania się w M. (tak, potem się już pogodziliśmy). TO BYŁO WYKAŃCZAJĄCE. Takie akcje zdarzają mi się ostatnio dość często. Jest to jednak wpisane w proces zdrowienia, więc mam nadzieję, że nie będę mieć takich bonusów już do końca życia…
A dziś….jak ręką odjął. Mimo że się nie wyspałam, miałam w głowie wspomnienia sprzed kilku godzin, dzień zaczął się i przebiegł fantastycznie. Fantastycznie pod względem samopoczucia. Czasami martwię się, czy nie wykazuję objawów jakiejś lżejszej odmiany depresji dwubiegunowej…Ale nie zamierzam sobie nic wmawiać. Wolę wersję „zdrowieję i dlatego burzliwe zmiany nastroju nie są w tym wypadku niczym dziwnym”. Takie dni jak dziś to dowód na to, że jeżeli podejmie się walkę o lepsze jutro i będzie się WIERZYĆ, że to się uda, to się uda. Wydaje mi się, że wcale nie trzeba być „silnym” (ja na przykład wcale nie uważam, że jestem silna), ale po prostu wierzyć w to, że wyzdrowieć się da. Bo w przypadku zaburzeń jedzenia dla większości chorych choroba ta nie jest wyrokiem tak jak np. złośliwy nowotwór czy alzcheimer. Mamy to szczęście, że wiele zależy od nas. I cholernie jestem wdzięczna losowi, że zaczynam to dostrzegać.
Jeszcze nie mieści mi się w głowie fakt, że tak naprawdę każdy jest odpowiedzialny za swój własny los. Są oczywiście sytuacje niezależne od nas, jak kataklizmy czy inne życiowe katastrofy. Ale to, jak zareagujemy na te wydarzenia – tu się już rozpościera przed nami całe pole możliwości. KAŻDA nasza decyzja zaważy na tym, co się będzie działo w każdej kolejnej sekundzie naszego życia. Na chwilę obecną nie wiem na ile jestem w stanie wykorzystać ten fakt w swoim życiu. Ale świadomość wewnątrzsterowności – to jest dla mnie niemal magiczne!

[42]

3 komentarzy

Od  jakiegoś czasu zbierałam się do napisania notki, zaczynałam pisać, a kiedy nie mogłam dokończyć kopiowałam do notatnika i zostawiałam „na później”. Nie skorzystam jednak z tamtych notatek, nastrój zmienia mi się z dnia na dzień i „tamta” ja już nie jest tą „dzisiejszą” ja. Jakoś brak mi spontaniczności w pisaniu, nie zliczę ile razy kasowałam każde napisane zdanie…Męczą mnie nasilające się anorektyczne myśli, są bardzo, bardzo silne. Wysysają ze mnie sporą część sił witalnych i zwykłe wyjście z domu okazuje się zbyt męczące. Daleko mi jednak od użalania się nad sobą. W końcu sama sobie na to zapracowałam. Czuję się jednak bezradna. Czasami chce mi się płakać, że jeszcze tak długa droga przede mną. Że mimo widocznych postępów w środku wciąż jest mi bardzo ciężko, a czasami aż rozrywa mi wnętrzności z rozpaczy. Wiem skąd ta rozpacz. Przede mną nowe życie, życie bez choroby. Boję się go, jest mi zupełnie obce. Tak bardzo by się chciało owinąć w ciepły kocyk starych przyzwyczajeń. Odpocząć…Ale wiem, że gdybym pozwoliła sobie zamknąć na chwilę oczy, mogłabym się już nie obudzić…

Czuję się dziś jak otępiała…Obok siebie. Po raz kolejny uderzyła mnie myśl, że zupełnie nie wiem, kim jestem. Nie znam siebie. Czytając w swoim życiu dziesiątki blogów osób chorujących na zaburzenia odżywiania zauważam nieustannie powtarzający się identyczny wątek – każda z nas ma problem z identyfikacją własnej tożsamości. Wiem oczywiście, że wielu ludzi okres wchodzenia w dorosłość przechodzi w bardziej lub mniej burzliwy sposób, że zmaga się z samym sobą, gdzie w tle tych zmagań pojawiają się problemy natury egzystencjalnej. Ale zdrowy człowiek rozwiązuje ten kryzys i nabywa swoją tożsamość. A ja….ja mam 23 lata i wciąż nie wiem, kim jestem, do czego w ogóle dążę, jak ma wyglądać moja przyszłość…Nie umiem ułożyć nawet najprostszego planu na życie! Porzucenie ed to jedyna możliwość, żeby się tego wszystkiego nauczyć. 

ALE OGRARNIA MNIE PARALIŻ NA SAMĄ MYŚL O TYM, ŻE POZA ED NIE
MA DLA MNIE ŻYCIA…ŻE NA MIEJSCU WYPLEWIONEJ ANOREKSJI NIC INNEGO NIE UROŚNIE,
A PONIEWAż ROZSIAŁA SIĘ NA OGROMNYCH HEKTARACH MOJEGO ŻYCIA, ZOSTANIE PO NIEJ WIELKA
NIEURODZAJNA PUSTKA…I ŻE TA PUSTKA, PRĘDZEJ CZY PÓŹNIEJ, I TAK MNIE ZABIJE.


  • RSS