chce-zyc blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2009

[41]

8 komentarzy

Trochę to niesamowite, ale nie było w te wakacje jeszcze dnia, kiedy bym się nudziła. Umiem sobie wyszukać zajęcia, które wypełniają  mi czas i najczęściej skutecznie odciągają od chorobowych myśli. Niestety one często wracają, zdarza się, że ze zdwojoną siłą. Skąd się one biorą? Czy już zawsze będę czuła, że anoreksja- mimo że o kilka kroków dalej, to jednak wciąż – czai się za moimi plecami?
Niemniej jednak nie ogarnia mnie nuda. Nie jeżdżę wprawdzie po świecie, nie udało mi się jeszcze wyjechać nawet na kilkudniowe wakacje. Ba! Czasami nawet nie wychodzę w ogóle z domu! (co jednak okazuje się męczące, trudno mi potem zasnąć). ALE mam okazję, by wreszcie nakarmić mój głód czytania. Wprawdzie przygotowania do sesji nie szczędziły mi ku temu okazji, jednak wiadomo, o co chodzi :) Moje ukochane studia są wprawdzie ukochane, ale z moją wrodzoną awersją do wszelkich powinności dość sporo nadenerwowałam się, ucząc się niekoniecznie najciekawszych dla mnie rzeczy.
Ale mniejsza z tym. Nadszedł czas, kiedy mogę bezkarnie pochłaniać książki i nie straszny mi nawet ból pośladków, przypominający o ilości spędzonego czasu w pozycji siedzącej. Na urodziny dostałam….Pufę :) Taką fajną, wypełnioną drobniutkimi kuleczkami styropianu, dopasowującą się do zakrętów ciała. Wymyśliłam sobie taki prezent w tym celu właśnie, ponieważ moje kościste jeszcze pośladki bezlitośnie wbijały się do tej pory w drewniane krzesło. (Ałć).
Tak więc czytam, czytam i jeszcze raz czytam. Moje konto w bibliotece z limitem do 4 wypożyczonych egzemplarzy to zdecydowanie za mało :) Ale na szczęście moja Druga Połowa, ze względu na status doktoranta UJ, ma możliwość wypożyczenia 20 (sic!) książek na okres 3 miesięcy, więęęęęęęc skrzętnie z tego korzystam. Tak że obecnie jestem w trakcie czytania chyba…6 książek…na raz. Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale czasami jak gdzieś znajdę jakiś tytuł, który mnie naprawdę zaintryguje, nie jestem w stanie cierpliwie czekać, aż skończę poprzednią lekturę! Aż dziw, że nie pomieszały mi się w głowie te wszystkie wątki ;)
Obecnie czytam m.in. „Mama i sens życia” Irvina Yaloma. Wcześniej skonsumowałam „Kiedy Nietzsche szlochał” tego samego autora. Tak mnie zafascynowały te lektury, że w planie mam przeczytanie wszystkich możliwych (i dostępnych) książek tego autora.
Oprócz tego pożyczyłam dziś (a jutro zapewne dokończę czytać) „Dietę (nie) życia” Karoliny Otwinowskiej. Nie mogłam oczywiście przegapić tej pozycji…Jako że sama myślałam kiedyś o napisaniu książki, skupiłam się również na stylistyce, będąc ciekawa języka autorki. I jestem zaskoczona, ponieważ w książce tej wyraźnie rysuje się jakiś niezrozumiały dla mnie dysonans tworzonych wypowiedzi. Czasami miałam wrażenie, że czytam książkę napisaną przez 13-letniego mOtYlKa tudzież innego chrabąszcza, po chwili delektując się zgrabnym i eleganckim językiem dojrzałej pisarki. Czy to celowy zabieg? Czy autorka chciała pokazać, jakiej regresji w myśleniu jest w stanie dokonać anoreksja? Być może jeszcze się tego dowiem.

[40]

4 komentarzy
Tomorrow may be too late
Live today

[39]

1 komentarz

Czuję, że wreszcie na serio zaczynam wygrywać z chorobą. Kolejny udany
dzień, 1:0 dla mnie! Nie pocieszę jednak nikogo i nie powiem, jakie to
łatwe i przyjemne. Że zwycięstwo przychodzi samo, tak po prostu, kiedy
choroba się już „znudzi”. To oczywiście przewrotne stwierdzenie,
jedynak gdyby można było wybrać sobie tak ot, pstryknięciem palca, czy
chce się tej choroby czy już nie, naprawdę mogłoby się to okazać
trudną decyzją. Bo anoreksja niesamowicie wciąga. Tak jak to już kiedyś
wspominałam, przychodzi taki moment, że osobie chorej jest ciągle mało,
że głodowanie przynosi podekscytowanie, że pragnie się go więcej i
więcej, byle tylko czuć, że się żyje…Chociaż na chwilę. Tak, bardzo
trudno z tego zrezygnować. Na drodze chorego musi pojawić się jakaś
cholernie atrakcyjna, nowa alternatywa. Samo bycie zdrowym nie
wystarczy. Ba, samo życie nie jest wystarczającym bodźcem do
zmiany! Bo co komuś po „byciu zdrowym”, jeżeli życie wypełnia ta sama
pustka, jak i wtedy, kiedy się chorowało? (nota bene często właśnie z tego
powodu popadło w chorobę!) Tak. Jestem przekonana, że żeby ktoś
zechciał wyzdrowieć, musi on mieć alternatywę dla życia w chorobie.
Ileż to już czasu szukam swojej innej drogi! Innych możliwości! Dla mnie to przede wszystkim musi być duża zmiana. Duża zmiana we mnie. Nie,
nie mogę wyzdrowieć i być ta samą Igą, którą byłam do tej pory. Słabą,
przerażoną światem i innymi ludźmi, które to przerażenie skutecznie
pozbawia mnie możliwości poznania siebie poprzez konfrontację z tym
światem. Strach przed innymi, porażką, oceną, odrzuceniem, brakiem
akceptacji etc. spowodował, że zapragnęłam czmychnąć od tego
wszystkiego najdalej, jak tylko mogłam. A czy można uciec dalej, niż po
prostu zamykając się w głębi samego siebie? Tak też zrobiłam. A
„znikanie” ciała – czy to nie idealny symbol?
Choroba nie dla każdego jest bezpiecznym azylem. Na szczęście! Dzięki
temu wielu chorych ma możliwość uzyskania dość szybko pomocy. Proszą o nią,
chcą jej. Dla innych niestety bycie chorym okazuje się spełniać
większość potrzeb, których nie mogą zaspokoić (lub nie wiedzą jak to
zrobić), będąc zdrowymi. Fakt, cena jest wysoka. Czasami, jak dobrze
wiemy, najwyższa. Dlatego tak ważne jest, by osoba chora miała kogoś,
kto wyrwie ją ze złudzenia, że anoreksja jest lekiem ma całe zło tego
świata, kogoś, kto odważy się wylać chorej wiadro zimnej wody na głowę,
kto nie zawaha się powalczyć o nią. Na początku i w trakcie zdrowienia
może się okazać, że innym zależy na chorej bardziej, niż jej
samej…Dlatego tak trudno być w tej chorobie samemu…No cóż, nie
każdy ma jednak to szczęście mieć przy sobie bliskie osoby. Ale jest
jeszcze inna możliwość. Osoba chora MOŻE odnaleźć siłę do walki, do ŻYCIA w SOBIE.
Jestem o tym przekonana. Każda z nas, by na dobre porzucić chorobę,
musi chcieć i wierzyć , że robi to dla siebie. Dla swojego szczęścia.
Inni są oczywiście niezastąpioną pomocą, ale w przyszłości może ich
przecież nie być. Kiedyś, za kilka lat nasze życie może zmienić się
diametralnie. Może znów zostaniemy same? I co wtedy? Poddamy się, bez
słowa przyjmiemy nawrót choroby? Musimy położyć fundament pod świątynię
zdrowia, tym fundamentem jest wiara w siebie i szacunek dla własnej
osoby bez względu na okoliczności, które pojawią się w naszym życiu. To
ważne – bez względu na nie. To jest konieczne i bezwarunkowe.
Wielu anorektykom trudno przychodzi znalezienie w sobie choć jednej
rzeczy, którą moglibyby lubić, a co dopiero darzyć szacunkiem całą swoją
osobę! No więc na tym polega cała praca. A właściwie – ona się od tego zaczyna. Mi również trudno było zaakceptować siebie. Ale jestem już tak zmęczona chorowaniem, że stwierdziłam, że spróbuję. Bo co mi szkodzi? Przecież niczego nie tracę. Nie chcę popadać w egzaltację i nawracać kogokolwiek, ale z ręką na sercu wyznaję, że to pomogło.
Akceptacja siebie i swojego człowieczeństwa, czyli niedoskonałości. To,
kim jesteśmy jest zrelatywizowane do tego, jak sami na siebie patrzymy.
To my uważamy siebie za mądrych lub głupich, ładnych lub brzydkich. I
wtedy tacy się stajemy. Ponieważ nie ma obiektywnych i uniwersalnych
ram, w które można by włożyć człowieka i sklasyfikować go jako takiego
czy owego. To my mamy władzę nad tym, kim i jacy jesteśmy. Bo to MY
definiujemy siebie. Czy coś się we mnie zmieniło od czasu szczytu mojej
nienawiści do siebie? Czy byłam wtedy głupsza czy brzydsza? Czy
zasługiwałam na pogardę czy kpiny ze strony innych, czy byłam
wcieleniem zła? NIE – byłam TAKA SAMA JAK TERAZ. A jednak teraz jestem zupełnie inna, ale jedynie dlatego, że inaczej na siebie patrzę.
Zmiana myślenia. Ciężka praca nad zmianą swojego myślenia o sobie, w
ogóle przeformowanie swojego sposobu myślenia – to pierwszy krok, który
trzeba podjąć, by móc naprawdę myśleć o wyrwaniu się z więzów, które
krępują każdy nasz ruch, a które w dużej części na nasze własne
życzenie ograniczają jakość naszego życia, po prostu nas go pozbawiając.

[38]

4 komentarzy

Mam złe wieści. Przynajmniej chwilowo tak widzę tę sprawę. Byłam u doktora C. w klinice zaburzeń odżywiania zapytać czy jest już dla mnie miejsce. Wstępny termin miałam wyznaczony na przełom czerwca/lipca. Niestety miejsce się jeszcze nie zwolniło, co więcej, najwcześniej nastąpi to może we wrześniu/październiku. Czyli standard, jeżeli chodzi o ten oddział. No cóż, jestem przybita, bo mimo wszystko nastawiałam się na „podreperowanie” swojego zdrowia przed nowym rokiem akademickim. Najbardziej mi zależało na terapii, słyszałam pochlebne opinie o tamtejszych specjalistach. Byłam (i wciąż jestem) nastawiona na ciężką pracę nad sobą, myślę, że terapia tam dużo by mi dała. Szkoda, że nie będzie mi dane z niej skorzystać. Nie poddam się, chociaż chwilowo jestem w lekkiej depresji. Takie jest życie, kurcze…Co ja mogę na to poradzić? Jedno wiem na pewno, nie chcę z tego powodu umierać. Nie chcę się głodzić i znęcać nad sobą. Już i tak wiele krzywdy sobie wyrządziłam…Czas najwyższy siebie pokochać i zobaczyć, czy to jest aż takie straszne.

[37]

2 komentarzy

Dlaczego wciąż wynajduję sobie wymówki? Dlaczego wciąż „zacznę się lepiej odżywiać ‚od jutra’ „?
MAM DOŚĆ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

*sigh* :/

[35]

2 komentarzy

Znowu niesamowicie zmagam się sama ze sobą. Nie jest tak jak być powinno. Nie robię tego, co powinnam. Nie jem tyle, ile powinnam. Konsekwencją jest podły nastrój i brak jakichkolwiek pozytywnych myśli w związku z przyszłością. Tak bardzo pragnę wyrwać się z choroby, jednak kiedy uświadomię sobie co to znaczy być zdrowym, truchleję na samą myśl o obowiązkach, wymaganiach i rzeczach, które powinnam robić, będąc po prostu sobą. Próbuję zająć sobie czymś głowę, pytam sama siebie „co lubię robić”?…nie wiem…Kiedyś lubiłam uprawiać sport…teraz każda aktywność nieodłącznie kojarzy mi się z przymusem wysiłku ponad siły w celu zrzucenia wagi. Sport już nigdy nie będzie dla mnie tym, czym był kiedyś. Kiedy jestem w dobry nastroju lubię czytać książki. Kiedy jestem w dołku, tak jak ostatnio, nie mam w tym żadnej przyjemności. Wierzę, że jest to spowodowane niedożywieniem. Mam taka nadzieję! Tylko że panicznie boję się sprawdzić, czy tak jest rzeczywiście….Bo jeżeli okaże się, że ja na prawdę nie mam zainteresowań, że na prawdę nie wiem jak powinnam żyć, że wszystko co jest nie tak w moim życiu wcale nie jest spowodowane chorobą, a tym, jaka jestem…nawet nie chcę myśleć, co wtedy będzie. Boję się zajrzeć na drugą stronę drzwi, bo może się okazać, że tam nie ma nic!! Tak bardzo się boję… :(

[34]

2 komentarzy

Łehehehe, tak dla odmiany coś wesołego ;)
Cookie-monster diet ;)

[33]

2 komentarzy

Zawstydziłam się właśnie czytając ponownie swoją poprzednią notkę. Obiektywnie rzecz biorąc może się wydawać niedojrzała i infantylna. Ale właśnie tak czułam się wczoraj pisząc ją. Chciałam jednak przekazać jak najlepiej uczucia związane ze swoimi wątpliwościami. Chciałam pokazać jak wygląda myślenie osoby zaburzonej, jakie dręczą ją dylematy. Wstydzę się tego, co anoreksja ze mną zrobiła. Jednocześnie mam w sobie dość wyrozumiałości dla samej siebie, by wiedzieć, że nie jestem wszystkiemu winna, że jestem ofiarą choroby. I to daje mi siłę, żeby się nie załamywać czy zapadać pod ziemię, ale walczyć o swoje. Osoby postronne mogą się zastanawiać jakim cudem ktoś ze świadomością swojej choroby może wciąż myśleć w ten sposób (np. chcieć schudnąć tylko dlatego, żeby nie być „najgrubszą anorektyczką na oddziale”). Ale to są tylko myśli…One są i będą się pojawiać. W głowie chorego istnieją jakby 2 „osoby” – on sam i ta nieodłączna towarzyszka – anoreksja. I dlatego często można usłyszeć, jak chorzy antropomorfizują tę chorobę, nadają jej różne imiona, rozmawiają z nią czy piszą do niej listy. Bo to niejako jest osoba. To jest część nas, tak jakby druga jaźń…I ona jest obecna niemalże zawsze, lub raczej proporcjonalnie do stadium choroby. Ze mną przez dłuższy było jej trudno rozmawiać. Odmawiałam jej współpracy. Ale wystarczyło, żeby pojawiła się świadomość szpitala, by ona mogła przypomnieć o swoim istnieniu. Trochę to pokrętne, ale z drugiej strony pocieszające! Bo moja anoreksja popełniła chyba błąd, który może kosztować ją życie. Ona zrobiła krok w stronę samobójstwa! Skoro jej „odrodzenie” oznacza to, że pójdę się leczyć, to przecież oznacza to jej koniec :) Czyżby ona tego nie przewidziała??

Tyle tytułem komentarza do wczorajszego wpisu. Dzisiaj wieści nie są najlepsze. Przejechałam się do kliniki i, tak jak się obawiałam, lekarz jest na urlopie. Wprawdzie będzie już w poniedziałek, ale pani, z którą rozmawiałam powiedziała mi, że na oddziale mają komplet, i że nie zapowiada się, aby mogło być w najbliższym czasie kolejne przyjęcie. Czyli tak jak przypuszczałam. Ciekawa jestem tylko o ile opóźni się mój termin. Jeżeli każą czekać mi zbyt długo…no cóż. Zrezygnuję. Ze studiów jestem w stanie poświęcić październik, może jeszcze listopad. Ale nie mogę zmarnować kolejnego roku nauki. Wszystko jest takie pokręcone. Ta niepewność bardzo dołuje i męczy….

I jeszcze ta dziewczyna na oddziale… tak potwornie chuda i drobna… wwierciła mi się w mózg i nie mogę jej usunąć sprzed swoich oczu. Co ta anoreksja robi z człowiekiem!!! :(

[32]

3 komentarzy

Jestem ostatnio trochę poddenerwowana. Dzisiaj stres nasilił się szczególnie. Jest już początek lipca, właśnie powinnam mieć termin przyjęcia do kliniki zaburzeń jedzenia. Kwalifikacje miałam trochę ponad 4 miesiące temu, od początku nie byłam pewna, czy chcę tam tak na prawdę iść.  Od kiedy zaczęłam o tym ponownie myśleć – to znaczy, kiedy termin zaczął się zbliżać dużymi krokami, zauważyłam u siebie nasilające się objawy chorobowe, które uciszyły się już jakiś czas temu. Teraz wszystko powróciło, jakby automatycznie. Autorefleksja doprowadziła mnie do wniosku, że mam już w głowie wykształcony pewien schemat. Mianowicie pójście do szpitala = bycie chorą = czucie się chorą = wyglądanie na chorą. No bo czego może szukać gruba osoba w szpitalu dla anorektyczek?? Uwierzcie, najgorsze, czego może doświadczyć anorektyczka, to bycie grubą anorektyczką. Do tej pory nieźle sobie radziłam. Do sesji samodzielnie udało mi się przytyć kilka kilogramów, z którymi teraz nie wiem jak się czuję…W sumie chyba nie najgorzej. Jednak powoli je tracę i trudno mi zahamować ten proces. Bo „nic się nie stanie, jeżeli zjem jedną kanapkę mniej” czy „jedna niezjedzona kolacja to nic strasznego”…A jednak. Dla mojego organizmu może nic strasznego, ale dla nie do końca uciszonej anoreksji to okazja do wtargnięcia cichcem pod moją misternie remontowaną strzechę zdrowia. Mój M. już zauważył utratę wagi. Jest zaniepokojony. Mimo wielkich wakacyjnych planów postanowił z nich jednak zrezygnować i poprosił mnie, żebym przypomniała się lekarzowi. Tak więc dziś spędziłam pół dnia przy telefonie, jednak nie udało mi się dodzwonić. Jutro (jeżeli się odważę) pojadę do niego i postaram się go złapać. Chcę wiedzieć co z tym terminem. Czy jest miejsce, czy każe mi czekać jeszcze kilka miesięcy? Muszę przyznać, że bardzo się boję. Niczego bardziej nie pragnę, niż wyrwać się z tej choroby. Boję się jednak, że zostanę z tym sama, że nie będę miała możliwości się tam leczyć. A podobno to świetni specjaliści i ja już zaczęłam mieć nadzieję, że tym razem pomogą mi się z tym uporać na zawsze. Na zawsze! Chcę wreszcie ustabilizować swoją wagę, chcę wyglądać jak człowiek i chcę poczuć, że mam zdrowe ciało. A jeżeli przy okazji je kiedyś zaakceptuję…Będę niezmiernie szczęśliwa :)

Edit. Nie wiem co robić. Czytałam wiele sprzecznych opinii o leczeniu stacjonarnym osób z anoreksją. Dla jednych był to ratunek, dla innych zawód. Ci, którzy nie są zadowoleni z pobytu w szpitalu podkreślają, że w takim miejscu głównym celem personelu jest „utuczenie” pacjentki, najlepiej jak najszybciej, a terapia często pozostawia wiele do życzenia. Nie chciałabym żałować swojej decyzji. Nie chcę tracić kolejnych miesięcy życia…

[31]

6 komentarzy

W odpowiedzi na komentarz SeaWasp; jesteś moim sumieniem. Wszystko, co piszesz, jest prawdą. Bardzo trudno jest mi wsłuchać się w siebie, bo to wciąż sprawia mi ogromny ból. Każdy człowiek chce uciec przed bólem…A we mnie jest go tyle, że potrafi mnie miażdżyć…Ale ja nie uciekam ciągle. Stawiam mu czoła, chociaż powoli. Chorowanie daje mi, paradoksalnie, bezpieczeństwo. Jest to stan znany, „wygodny”, dosyc przewidywalny. Bycie zdrowym stawia przed człowiekiem wiele wymagań. A ja przed nimi uciekam. Przyznaję się do tego, boję się życia. Nie umiem żyć. Nie chcę żyć, ale żyję. Może kiedyś coś się we mnie odmieni, może uda mi się posmakować trochę życia, może odnajdę w nim sens…
Do psychologa chodzę coraz rzadziej, powoli kończę terapię. Szpital miał być postawieniem „kropki nad i”. Ciągle się waham…
Kocham moją psycholog jak siostrę i nie wyobrażam sobie egzystowania bez niej. Ale właśnie dlatego muszę zacząć się do niej dystansować, bo nie będzie mnie przez całe życie prowadzić za rękę. Nie wiem, czy to odpowieni moment. Ale wierzę, że Ten Na Górze mnie poprowadzi.

Teraz mam wakacje. Lenię się :) I dużo, dużo myślę. Niestety. Lepiej byłoby dla mnie, gdybym ograniczyła tę czynność :]
Chciałabym jakoś sensownie spożytkować ten czas, nie wpaść w doła. Narazie jestem w lekkiej depresji ale nie załamuję się. Oby jak najdłużej.

Mój przyjaciel Królik. Lek na całe zło :)


  • RSS