chce-zyc blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2009

[30]

4 komentarzy

Koniec nauki. Jeden egzamin przeniesiony na wrzesień, potrzebuję odpoczynku.

Co teraz?
Potrzebuję pomocy…
Czuję potworną chęć głodowania, tak bardzo chciałabym nie jeść. Co się dzieje? Chcę iść do szpitala, ale czuję się za gruba…
Jestem infantylna do kwadratu.

Dziękuję wszystkim odwiedzającym mojego bloga, szczególnie tym, którzy zostawiają swój ślad w postaci komentarza. One są dla mnie ważne.

Kończę dziś 23 lata.

10 lat temu pisałam w swoim pamiętniku, że jestem przerażona tym, jak
szybko leci mi czas. Że już jestem „prawie dorosła”, że kończy mi się
dzieciństwo i że bardzo boję się wymagań, którym nie będę umiała
sprostać. Miałam 13 lat… i bardzo dużo rozmyślałam jak na swój wiek.
Podświadomie postanowiłam nigdy nie dorastać. Kobiecy Piotruś Pan… Za
wszelką cenę starałam się zachować swoją figurę wyrostka, z trwogą i
obrzydzeniem obserwując rozrastające się biodra. Coś, co powinno mnie
napawać dumą i radością było dla mnie udręką nieodwracalnie traconego
stanu niewinności. Nikt mi nigdy nie powiedział ani nie pokazał, że
dobrze jest być kobietą. Dorosłą kobietą. Ja wiedziałam jedynie, że
dorosłe kobiety harują w pracy, żeby utrzymać rodzinę, że nie mają sił
dbać o siebie a jedynym ich powołaniem jest służba innym. Nie
myślałam o tym, że można się podobać mężczyznom, że można mieć radość
ze swojej fizyczności i przeżywać cudowne chwile zespolenia
fizycznego. Nie wiedziałam też, że będąc kobietą można się po prostu
cieszyć życiem i wolnością, czuć się spełnioną w swojej roli, kochając
ponad życie własne dzieci. Bycie kobietą oznaczało dla mnie utracenie
na zawsze swojej tożsamości, której zresztą nigdy nie miałam okazji
uzyskać. I tak, tułając się przez te kilka lat, powoli zaczynam
widzieć jakiś punkt zaczepienia w oddali, wciąż jeszcze jakby za mgłą.
Zanim tam dotrę, będę musiała pokonać jeszcze niejeden grząski teren,
ryzykując upadek na każdym kroku. Ale jeżeli nie podejmę tego ryzyka,
zawieszę się w próżni swojej „nijakości”, bycia pół-dzieckiem
pół-kobietą, bez możliwości odnalezienia swojego prawdziwego ja.
Może kiedyś uśmiechnę się na myśl o tym, kim jestem.
Może kiedyś nawet zostanę mamą?

Edit.
Znów jest mi bardzo smutno. Staram się nie ulegać nastrojom, staram się nie dawać nimi sterować, a jednak…odczuwam dziś nieopisany żal, poczucie nieokreślonej utraty. Mimo młodego wieku codziennie czuję, jak moje życie zbliża się do końca.  Z każdym kolejnym dniem jestem coraz bliżej „smugi cienia”…

[28]

2 komentarzy

(znalezione na: http://weighingthefacts.blogspot.com/)

[27]

2 komentarzy

Znów bardzo boli. Czy to się kiedys skończy?? Po co ja żyję??
PO CO TO WSZYSTKO??

[26]

3 komentarzy

Mam wrażenie, że jestem rzeczą
Gdybym miała więcej odwagi….
pierdolnęłabym wszystko i uciekła na drugi koniec świata. Ale jestem uzależniona. Uzależniona od ludzi, którym ciągle coś zawdzięczam. Muszę być uległa, bo kiedy uświadamiam sobie swoją siłę przy jednoczesnym niemalże ubezwłasnowolnieniu, zaczynam szczerze nienawidzić wszystkich tych, do których „należę”. Kiedy pragnę dla siebie trochę więcej wolności, przestrzeni, okazuje się, że tak nie można, że bycie w związku z innymi ludźmi wymaga wyrzekania się siebie. Ja tak nie chcę. Nie aż tak. Gdybym tylko mogła decydować ile dać os siebie – dawałabym. Ale kiedy ktoś chce ode mnie wydrzeć więcej, niż jestem w stanie dać, rodzi się we mnie bunt. Najwyraźniej mam jeszcze trochę poczucia własnej wartości.
Nie chcę być rzeczą, jednocześnie nie wiem, jak mam to zmienić

[25]

2 komentarzy

Czuję się coraz gorzej. Znów nachodzą mnie myśli typu „jak dobrze byłoby nie żyć”. Nie mam jednak myśli samobójczych. Nigdy nie odważyłabym się na samobójstwo. Ale to nieopisane pragnienie nieistnienia wciąż we mnie jest i narasta z każdym dniem. Czuję, że gdyby nie nauka i sesja, mogłabym się teraz całkiem rozpaść. Ale sesja kończy się za 2 tygodnie. A potem…co? Nie mogę się ostatnio porozumieć z M. Coraz mniej mam ochoty na konstruktywne rozmowy. Nie zadowalają mnie rozwiązania na krótką metę. Mam dość, że te nasze „konstruktywne” rozmowy dają rezultat jedynie na kilka dni. A potem w kółko od nowa. Czuję się zupełnie niezrozumiana. Chcę zostać sama. Mam wielką potrzebę pobyć trochę sama. Ale nie ma jak…
Niepokoi mnie to, że mam ochotę zaszyć się w szpilanych ścianach dla mentalnie chorych, zdejmując z siebie wszelką odpowiedzialność za własne życie. Chociaż nie, nie niepokoi mnie to. To moje ego trzęsie się na myśl, że mogę mieć tak egoistyczne, antyspołeczne myśli. A ja chcę mieć takie myśli. Chcę się odciąć od wszystkiego, chcę zapomnieć o „muszę” i „powinnam”. Nie do wiary…i koło się zamyka. Znów mam ochotę…”zniknąć”

[24]

Brak komentarzy

coś jest nie tak

Paraliżuje mnie strach w formalnych sytuacjach z ludźmi, odpowiedzi ustne blokują u mnie zdolność logicznego myślenia. Dobrze, że w tym roku egzaminy mam pisemne. Ale co z tego…przyjdą i ustne, przyjdą prezentacje, seminaria, ROZMOWY O PRACĘ….nie mówiąc już o samej pracy… NIE UMIEM MÓWIĆ. Nie umiem wyrażać werbalnie swoich myśli. Nie wiem dlaczego…Ostatnia moja odpowiedź ustna na zaliczenie ćwiczeń była istną porażką, musiałam poprosić o kartkę, żeby zebrać myśli, potem jednak i tak nie mogłam ich zebrać…zdałam, prowadzący zrozumiał moją sytuację. W końcu jest psychologiem. Ale to nie zmienia faktu, że w życiu nieustannie będę się mierzyć z takimi sytuacjami…Więcej – one będą stanowić 90% mojej pracy…Lub nie będą. Bo po prostu nie dam rady. Tyle mam do powiedzenia, tak dużo mnie interesuje, wiele rzeczy rozumiem „bardziej”…Ale nie umiem tego wyrazić. To przykre i niezwykle frustrujące. Kilka miesięcy temu zaczęłabym głodówkę, żeby zagłuszyć te niechciane myśli. Teraz myślę – po co? Nie myślenie o rzeczywistości nie zmieni jej status quo. Moja rzeczywistość jest bolesna. Nad wieloma rzeczami nie mam kontroli. Coraz mniej mam problemów z codziennym życiem z ludźmi, to jest jakiś sukces. Jednak wciąż nie rozumiem tego mojego strachu przed prezentowaniem się jako studentka, osoba kompetentna, prezentowaniem swojej wiedzy. Chciałabym wierzyć, że to się da jakoś zmienić… :(

gerbera

Wiele się jeszcze wydarzyło w szpitalu. Nie będę jednak pisać reszty. Na zakończenie chciałam napisać jeszcze jedną, ważną dla mnie notkę.
„(…)Lekarka stwierdziła również, że znalazłam się tam z jakiegoś powodu, że to coś znaczy, że nic nie dzieje się przypadkowo. Że ktoś nade mną czuwa i że ten ktoś „pociąga za sznurki”. Cieszę się, że ona też tak uważa. Bo i ja w to wierzę. Po raz kolejny również stwierdziła, że mój wybór studiów podyktowany był chęcią poznania siebie, zrozumienia. Ok, nie będę polemizować z tą koncepcją, gdyż jest w niej wiele prawdy (…) Mówiła również, że nie będę mogła pomagać ludziom, jeżeli sama wcześniej nie przyjmę pomocy, że będę na to najzwyczajniej w świecie za słaba. Powiedziałam, że zdaję sobie z tego doskonale sprawę, i że nie zamierzam się brać za „pomaganie”, dopóki sama nie rozwiążę swoich spraw.”

Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Ja się zmieniłam. Jednak codziennie uderza mnie świadomość, jak bardzo jestem jeszcze słaba, rachityczna…wciąż jak ta trzcina na wietrze. Już trochę „urosłam”, dojrzałam, jednak wciąż tak łatwo mnie zranić. Wiele dobrego wydarzyło się w moim życiu. Czasami nawet czuję się szczęśliwa! Niestety, czego nie potrafię zrozumieć, coraz częściej zalewają mnie ogromne fale smutku i żalu, często bez konkretnej przyczyny. Tak jakby wszystkie tłumione dotychczas emocje, czując, że wreszcie mają okazję, całym stadem próbowały wydostać się wreszcie na wolność. A ja uginam się pod ich ciężarem, nie mogąc ich opanować. Może i nie ma sensu. Tylko…ile to jeszcze potrwa…?


  • RSS