Nie wiem kiedy rozwinęła się z tego anoreksja. Pamiętam
jedynie, kiedy już bardziej zaczęłam tracić na wadze. Problem jednak zaczął się
dużo wcześniej, zanim charakterystyczne objawy zaczęły być widoczne. Nie warto
zadawać sobie pytań typu co by było gdyby już wcześniej ktoś zauważył i
zechciał pomóc…Moje życie toczy się w teraźniejszości i to o niej powinnam
myśleć. Jednak wspomnienia wciąż wracają, tak szybko jak błysk światła, a choroba
mamy wciąż przypomina, że życie to ciągła walka…

Gdy we wrześniu tamtego roku wróciłam do Polski po
2-miesięcznym pobycie w Szkocji, przywitała mnie przykra wiadomość, że mama od
kilku dni jest w szpitalu. Niebawem potem przeszła operację w okolicy wyrostka,
wokół którego porobiły się jakieś ropnie. W trakcie operacji doszło do
powikłań, dostała zapalenia otrzewnej, jest stan był tragiczny. Doszło do
wstrząsu septycznego. Lekarz bez cienia współczucia oznajmił, że moją
„matkę” raczej trudno będzie uratować. Nie jestem w stanie wyrazić
słowami jak wielki był to dla mnie cios. Zawalił mi się świat. Byłam chora z
rozpaczy, mimo gorliwych modlitw i błagań, tak na prawdę w swoim sercu
pochowałam już mamę. Ale ona przeżyła. Długo to do mnie nie docierało, nie
okazywałam radości, byłam pewna, że to jeszcze nie koniec złego…I miałam
rację. Po jakimś czasie znów trafiła do szpitala, ponieważ w domu nie była w
stanie wystarczająco dużo jeść i w pewnym momencie niedożywiony organizm
zastrajkował. W czasie jej pobytu na oddziale umarła jej współlokatorka z łóżka
obok. Była pewna, że ona będzie „następna”. Po niedługim czasie,
kiedy była już w domu, pewnego dnia przy jedzeniu zaczęła opadać z sił. Nie
mogła usiedzieć prosto ani utrzymać ręki w górze. Opadał jej kącik ust i nie
mogła już mówić… Dostała wylewu. Kolejny szok, kolejny horror. Lekarze znów
nie dają zbyt dużych nadziei. Wymęczony organizm zdaje się poddawać, krok po
kroku. Teraz modlę się tylko o to, żeby jak najmniej cierpiała, żeby Bóg zabrał
ją do siebie jak najszybciej, jeżeli i tak zamierza to zrobić. Tyle się już
wycierpiała, to mi się w głowie nie mieści. Boże, błagam, zlituj się już nad
nią!
Odwiedzam ją jak często mogę. To znaczy, kiedy mój stan psychiczny na to
pozwala. Kiedy mam pewność, że wizyta u niej nie doprowadzi mnie do szaleństwa.

Jednak pewnego dnia nie potrafiłam trafnie ocenić swojego
stanu. Trzęsłam się cała już wchodząc na oddział. Weszłam na salę, by ujrzeć
widok ten sam co zawsze; moja mama, niczym nieruchoma roślina, leży bezwładnie
na łóżku ze wzrokiem wlepionym w kąt sali. Nie widzi mnie, nie wie, że jestem.
Podchodzę do niej, całuję ją. Mówię do niej, głaszczę. Czuję, jak coraz
intensywniej wzbiera się we mnie ogromny smutek, mam wrażenie, że zaraz mnie
rozsadzi. Czuję ogromny ból w gardle, jak gdyby jakaś potwora zaciskała na nim
swoje szpony. Mamo, dałabym wszystko,
żeby być na Twoim miejscu, żebyś tylko już nigdy nie musiała cierpieć…
Tama
mojego zrównoważenia pęka z hukiem, wezbrane wody szaleństwa zalewają wszystkie
komórki mojego ciała. Chcę umrzeć. Chcę
umrzeć razem z Tobą..
.W sali niespodziewanie pojawia się mój ojciec. Patrzy
na mnie ze strachem, widzę łzy w jego oczach. Iga, mi też jest z tym wszystkim bardzo trudno. A ja patrzę na
niego nieprzytomnie i powtarzam to, co jak echo odbija się nieprzerwanie w
mojej czaszce: chcę umrzeć…chcę umrzeć
razem z mamą. Nie chcę już dłużej żyć. Chcę umrzeć!!!
Godzinę później
zostaję przyjęta na oddział psychiatryczny. Może mnie uratują…proszę,
błagam…pomóżcie mi….