O Boże, jak to się stało…Do dzisiaj zadaję sobie to
pytanie. Najpierw depresja, prawdopodobnie już od 2001 roku, potem kumulacja w
roku 2004. Po kilku nieudanych hospitalizacjach mama traci kontakt z
rzeczywistością. Trafia do kolejnego szpitala, gdzie od lekarza dostaję
szokującą wiadomość: mama ma otępienie (inaczej demencję). Uszkodzenie mózgu,
degeneracja komórek nerwowych…

Po powrocie mamy ze szpitala życie w domu staje na głowie.
Jestem sama z ojcem alkoholikiem. Starsze rodzeństwo od dawna ma swoje rodziny,
swoje sprawy. Jestem przerażona, moje życie schodzi na dalszy plan.
Zamykam się w swoim świecie, jednak tragiczny realizm sytuacji nie pozwala mi
się całkowicie odciąć. Bo i jak? Muszę przecież żyć dalej. Muszę sie opiekować
mamą. Wszystko jest takie skomplikowane, nie daję rady…Miewam napady
histerii, gram jednak odważną i silną. Z czasem coraz gorzej mi to
wychodzi…Ganię siebie za załamywanie się, za słabość. Przecież takie jest
życie, kto powiedział, że będzie różowo? Dziś jednak wiem, że wiele osób
również załamałoby się w takiej sytuacji. Może i nie jestem silną osobą, ale
moje położenie jest naprawdę ciężkie i nie powinnam tak surowo siebie oceniać.
Jestem tylko człowiekiem. Moja rok, dwa. Życie mamy ogranicza się do leżenia w
łóżku, przyjmowania posiłków, coraz rzadszych spacerów, na które wyciągam ją
niemal siłą. Wszystko trzeba robić za nią. Jezu, tracę siły…a przecież mama
jest jeszcze bardzo młoda jak na tę chorobę. Ja mam 20 lat, tak będzie wyglądać
całe moje/ jej życie?? Od nadmiaru posępnych i przygniatających myśli głowa
boli mnie niemal codziennie. Próbuję fachowej pomocy, dostaję „tabletki
szczęścia”. Nie widzę poprawy, odstawiam je na własną rękę. Teraz wiem, że
to był błąd. Jednak wtedy coraz mniej mnie wszystko obchodziło….odżywiam się
źle. Od dawna nie umiem jeść normalnie. Od czasów gimnazjum, kiedy pochłonięta
byłam sportem, trenowaniem, obozami, w głowie plątała mi się myśl, że muszę być
najlepsza. Że muszę pokazać na co mnie stać. Chcę, żeby mnie ktoś wreszcie
zauważył…Muszę być sprawna, muszę być szczupła. Zaczynam dojrzewać,
pojawiających się krągłości nie witam ze zbytnim entuzjazmem. Mimo to wciąż
jestem szczupła. Jednak w głowie ciągle mam przekonanie, że mogę być jeszcze
szczuplejsza. Tylko po co, jeżeli wg wszelkich norm i tak mam niedowagę? Nie
wiem, co wtedy myślałam. Nie pamiętam nawet dokładnie jak to wszystko się
zaczęło. Jednak wiem doskonale jak długo to się już za mną ciągnie. Jak wiele
swojego życia straciłam na przekonanie, że „jestem gorsza od innych”,
nie mając pojęcia, że są to jedynie moje zaburzone myśli, że rzeczywistość jest
inna. Że taki przekaz dostałam w domu, od ojca, dla którego nigdy tak na prawdę
nie istniałam. Wtedy, jako dziecko, nie docierało do mnie, że to nie ze mną
jest coś nie tak. Czego mogło być winne dziecko? Ja byłam jednak przekonana, że
jestem złem wcielonym. Ze zgrozą witałam myśli, że w zasadzie lepiej byłoby nie
żyć. Tylko…co wtedy…? Tak więc trzymałam swoją „dietę”, chociaż
tak naprawdę nigdy nie potrafiłam się odchudzać. Za wszelką cenę chciałam
pozostać szczupła i udawało mi się to. Czasami, kiedy miewałam lepsze chwile,
porzucałam myśli o trzymaniu rygoru, żyłam i jadłam jak „normalna”
dziewczyna. Jednak po jakimś czasie następował nawrót potrzeby sprawowania
kontroli nad swoim jedzeniem, by przypadkiem nie utracić kontroli nad życiem…(cdn)