chce-zyc blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2009

(21)

2 komentarzy

Chwilowy zastój na blogu spowodowany jest męczącym okresem na studiach. A właściwie moim zdaniem sobie sprawy, że już niedługo sesja :P A ponieważ bardzo mi na niej zależy, muszę siłą rzeczy ograniczyć kontakt z wirtualna rzeczywistością. Poza tym coraz bardziej się denerwuję nieumiejętnością podjęcia decyzji co do pójścia do kliniki zaburzeń odżywiania. Ale ten problem mujsze sobie zostawić na po-sesji. Za dużo problemów w głowie tylko dodatkowo stresuje…

Chciałam się z Wami podzielić zdjęciami, które niemal rozdarły mi
serce. To jest prawdziwy obraz anoreksji. Nie każda anorektyczka
oczywiście tak wygląda. Anoreksja zaczyna się dużo wcześniej…Ta
kobieta żyje jeszcze dosłownie cudem. Jej bmi wynosi 8 (!!!) Śmierć
zabiera ludzi ważących nawet znacznie więcej niż ona. Czy ktoś z Was NA
PRAWDĘ chciałby tak żyć? To Engla Louise Lemas. Nie wiadomo, czy dożyje następnych dni.

Na
oddziale pisałam dziennik. Chciałam zapamiętać każdy dzień z osobna, nigdy nie
zapomnieć tego doświadczenia. Nie udało mi się wprawdzie pisać codziennie,
jednak wiele chwil zdołałam uwiecznić na kartkach zeszytu. Chciałam tu umieścić
kilka notek z czasu przebywania w szpitalu:

13/12
„(…) Może to i dobrze? Może to jest to,
czego mi potrzeba? Może teraz wreszcie coś się zmieni? Musi się zmienić, bo
inaczej to wszystko nie miałoby zupełnie sensu…To nieustanne cierpienie, lęk
i głód…Chcę się wyrwać z tego piekła, którym jest moje obecne życie. Brak w
nim nadziei, radości i perspektyw. Jest tylko przeszłość. Przerażająca i zimna
przeszłość, której wspomnienie rozrywa na części, na coraz mniejsze
kawałeczki…
Zjadłam: wczoraj – trochę czekolady, mleko do kawy 100 ml 0,5 %
dziś -
niecałe drugie danie, 3 kawałki czekolady, mleko do kawy
Był u mnie P. Porozmawialiśmy trochę, dobrze mi to zrobiło. Kocham mojego
brata…”

15/12
„Chcę wreszcie być sobą (…)
Jestem ZAGUBIONA – to bardzo odpowiednie określenie na to, co teraz czuję.
Totalnie zagubiona jak w ciemnym, gęstym lesie. Gdzie jest właściwa ścieżka
prowadząca do wyjścia z tego koszmaru??
Czy oni będą wiedzieli jak mi
pomóc? Ja (wciąż) nie wiem, jak sobie pomóc…”

16/12
„Tej nocy prawie nie spałam. Poszłam spać
około 22:00, spałam do 00:32…i zasnęłam ponownie około 5:00. Niezła jazda.
Jestem zmęczona, ale cieszę się, że jest już dzień, bo kiedy leżałam bezczynnie
w łóżku, miałam wrażenie, że ta noc nigdy się nie skończy. Dużo myślałam. Bardzo
dużo. Tyle myśli na raz przebiegało mi przez głowę, tyle istotnych spraw na raz
domagało się przemyślenia…Zmęczyło mnie to dość mocno. Mimo to uważam, że był
to urodzajny czas. Mam nadzieję, że uda mi się jak najwięcej z niego skorzystać
i wprowadzić moje  myśli i plany w życie.”

17/12
„(…) A wczorajszy wieczór i początek nocy
były bardzo nieciekawe. Po południu dostałam kroplówkę z glukozą, co mnie
bardzo przygnębiło. Niestety na noc również ją dostałam i wtedy zaczęły się
dziać ze mną nieciekawe rzeczy. Czułam się ociężała, jakby moje ciało było z
ołowiu, kręciło mi się w głowie. Miałam nadzieję, że uda mi się dzięki temu
szybko usnąć, ale niestety zaczęły mnie łapać jakieś dziwne fale słabości w
całym ciele, które kończyły się skurczami. Było to nie do zniesienia. Dostałam
relanium, w 2 połówkach. Zanim jednak zaczęło działać myślałam, że zwariuję, że
to się nigdy nie skończy. W końcu, nie wiem jak i o której, zasnęłam. Rano
czułam się fatalnie. Znów chciało mi się płakać. Kiedy się dowiedziałam, że mam
mieć kolejna kroplówkę, zbuntowałam się i odmówiłam, prawie kłócąc się z
pielęgniarką(…)
Teraz mam kolejną kroplówkę, tym razem potas. Potas strasznie długo schodzi,
więc za każdym razem, gdy jest potrzeba, żebym gdzieś poszła, muszą mnie
odpinać, więc trwa to dodatkowo długo. Był u mnie ojciec. Poszliśmy do mamy.
Zupełnie już nie kontaktuje, biedna…Zrobiłabym wszystko, żeby ulżyć jej w
cierpieniu. Oddałabym całą siebie…”

19/12
Obchód lekarski, znów koszmar. Tym razem prowadził
go doktor J., ordynator. Traktował mnie strasznie protekcjonalnie, czułam się
upokorzona przy tych wszystkich ludziach(…) Poprosił, bym przed nim stanęła,
ściągnęła bluzę. Przyglądał mi się, sprawdzał mięśnie na rękach, kark. Dobrze wiem, że jestem dla was tylko małpą w zoo…Wyraz twarzy zebranych mówił mi tylko jedno:
„jesteś jeszcze za gruba”…Jestem…? :(

Rozmawiałam z psychologiem (…) Powiedziała mi w sumie jedną rzecz  godną
zapamiętania. Bo mówiłam jej, że mam wyrzuty sumienia, że tracę czas za murami
szpitala, uciekając od rzeczywistości. Ona stwierdziła, że to również coś
znaczy
(…) To, że mi tu dobrze, również coś znaczy…”

21/12

„(…) Tak naprawdę posiedziałabym sobie tu
dłużej, ale  muszę myśleć o studiach. A przyznam, że zaczynam
przyzwyczajać się już do trybu życia szpitalnego. Jest coraz lepiej. Jest
spokojnie
. I tego właśnie spokoju najbardziej mi brakowało (…) Wreszcie
mam czas dla siebie. Tak na prawdę dla siebie – bo dla swojego zdrowia.
Poza murami szpitala życie toczy się swoim normalnym rytmem, a ja wreszcie dałam
sobie prawo
, by przyznać się przed sobą, że nie nadążam. Że jestem
zmęczona. Że mam prawo odpocząć. Lekarka martwiła się, że jestem bardzo
chuda, z czym oczywiście się nie zgodziłam.
Mówiła, że oni tak na prawdę ratują mi teraz życie, że głodząc się w każdej
chwili mogę zejść (…) Rany, ciągle słyszę o tej śmierci, ale w ogóle nie
czuję jej „obecności” (…) Co jeszcze musi się stać??? Kiedy
uznam siebie za kogoś, kto naprawdę potrzebuje pomocy?”

cdn

 


-Now what kind of a tree can you be, Janet, down there on the floor?
- I’m a fucking shrub, all right?
[girl, interrupted]
A ja nie chcę do końca życia być „pierdolonym krzakiem” płożącym się po ziemi…
Chcę rosnąć…

Zastanawiam się kiedy będę mogła powiedzieć z pewnością, że nie jestem już anorektyczką. Czy to w ogóle możliwe? Czy może do końca życia zostanę „jedzącą anorektyczką”?

Nie wiem kiedy rozwinęła się z tego anoreksja. Pamiętam
jedynie, kiedy już bardziej zaczęłam tracić na wadze. Problem jednak zaczął się
dużo wcześniej, zanim charakterystyczne objawy zaczęły być widoczne. Nie warto
zadawać sobie pytań typu co by było gdyby już wcześniej ktoś zauważył i
zechciał pomóc…Moje życie toczy się w teraźniejszości i to o niej powinnam
myśleć. Jednak wspomnienia wciąż wracają, tak szybko jak błysk światła, a choroba
mamy wciąż przypomina, że życie to ciągła walka…

Gdy we wrześniu tamtego roku wróciłam do Polski po
2-miesięcznym pobycie w Szkocji, przywitała mnie przykra wiadomość, że mama od
kilku dni jest w szpitalu. Niebawem potem przeszła operację w okolicy wyrostka,
wokół którego porobiły się jakieś ropnie. W trakcie operacji doszło do
powikłań, dostała zapalenia otrzewnej, jest stan był tragiczny. Doszło do
wstrząsu septycznego. Lekarz bez cienia współczucia oznajmił, że moją
„matkę” raczej trudno będzie uratować. Nie jestem w stanie wyrazić
słowami jak wielki był to dla mnie cios. Zawalił mi się świat. Byłam chora z
rozpaczy, mimo gorliwych modlitw i błagań, tak na prawdę w swoim sercu
pochowałam już mamę. Ale ona przeżyła. Długo to do mnie nie docierało, nie
okazywałam radości, byłam pewna, że to jeszcze nie koniec złego…I miałam
rację. Po jakimś czasie znów trafiła do szpitala, ponieważ w domu nie była w
stanie wystarczająco dużo jeść i w pewnym momencie niedożywiony organizm
zastrajkował. W czasie jej pobytu na oddziale umarła jej współlokatorka z łóżka
obok. Była pewna, że ona będzie „następna”. Po niedługim czasie,
kiedy była już w domu, pewnego dnia przy jedzeniu zaczęła opadać z sił. Nie
mogła usiedzieć prosto ani utrzymać ręki w górze. Opadał jej kącik ust i nie
mogła już mówić… Dostała wylewu. Kolejny szok, kolejny horror. Lekarze znów
nie dają zbyt dużych nadziei. Wymęczony organizm zdaje się poddawać, krok po
kroku. Teraz modlę się tylko o to, żeby jak najmniej cierpiała, żeby Bóg zabrał
ją do siebie jak najszybciej, jeżeli i tak zamierza to zrobić. Tyle się już
wycierpiała, to mi się w głowie nie mieści. Boże, błagam, zlituj się już nad
nią!
Odwiedzam ją jak często mogę. To znaczy, kiedy mój stan psychiczny na to
pozwala. Kiedy mam pewność, że wizyta u niej nie doprowadzi mnie do szaleństwa.

Jednak pewnego dnia nie potrafiłam trafnie ocenić swojego
stanu. Trzęsłam się cała już wchodząc na oddział. Weszłam na salę, by ujrzeć
widok ten sam co zawsze; moja mama, niczym nieruchoma roślina, leży bezwładnie
na łóżku ze wzrokiem wlepionym w kąt sali. Nie widzi mnie, nie wie, że jestem.
Podchodzę do niej, całuję ją. Mówię do niej, głaszczę. Czuję, jak coraz
intensywniej wzbiera się we mnie ogromny smutek, mam wrażenie, że zaraz mnie
rozsadzi. Czuję ogromny ból w gardle, jak gdyby jakaś potwora zaciskała na nim
swoje szpony. Mamo, dałabym wszystko,
żeby być na Twoim miejscu, żebyś tylko już nigdy nie musiała cierpieć…
Tama
mojego zrównoważenia pęka z hukiem, wezbrane wody szaleństwa zalewają wszystkie
komórki mojego ciała. Chcę umrzeć. Chcę
umrzeć razem z Tobą..
.W sali niespodziewanie pojawia się mój ojciec. Patrzy
na mnie ze strachem, widzę łzy w jego oczach. Iga, mi też jest z tym wszystkim bardzo trudno. A ja patrzę na
niego nieprzytomnie i powtarzam to, co jak echo odbija się nieprzerwanie w
mojej czaszce: chcę umrzeć…chcę umrzeć
razem z mamą. Nie chcę już dłużej żyć. Chcę umrzeć!!!
Godzinę później
zostaję przyjęta na oddział psychiatryczny. Może mnie uratują…proszę,
błagam…pomóżcie mi….

O Boże, jak to się stało…Do dzisiaj zadaję sobie to
pytanie. Najpierw depresja, prawdopodobnie już od 2001 roku, potem kumulacja w
roku 2004. Po kilku nieudanych hospitalizacjach mama traci kontakt z
rzeczywistością. Trafia do kolejnego szpitala, gdzie od lekarza dostaję
szokującą wiadomość: mama ma otępienie (inaczej demencję). Uszkodzenie mózgu,
degeneracja komórek nerwowych…

Po powrocie mamy ze szpitala życie w domu staje na głowie.
Jestem sama z ojcem alkoholikiem. Starsze rodzeństwo od dawna ma swoje rodziny,
swoje sprawy. Jestem przerażona, moje życie schodzi na dalszy plan.
Zamykam się w swoim świecie, jednak tragiczny realizm sytuacji nie pozwala mi
się całkowicie odciąć. Bo i jak? Muszę przecież żyć dalej. Muszę sie opiekować
mamą. Wszystko jest takie skomplikowane, nie daję rady…Miewam napady
histerii, gram jednak odważną i silną. Z czasem coraz gorzej mi to
wychodzi…Ganię siebie za załamywanie się, za słabość. Przecież takie jest
życie, kto powiedział, że będzie różowo? Dziś jednak wiem, że wiele osób
również załamałoby się w takiej sytuacji. Może i nie jestem silną osobą, ale
moje położenie jest naprawdę ciężkie i nie powinnam tak surowo siebie oceniać.
Jestem tylko człowiekiem. Moja rok, dwa. Życie mamy ogranicza się do leżenia w
łóżku, przyjmowania posiłków, coraz rzadszych spacerów, na które wyciągam ją
niemal siłą. Wszystko trzeba robić za nią. Jezu, tracę siły…a przecież mama
jest jeszcze bardzo młoda jak na tę chorobę. Ja mam 20 lat, tak będzie wyglądać
całe moje/ jej życie?? Od nadmiaru posępnych i przygniatających myśli głowa
boli mnie niemal codziennie. Próbuję fachowej pomocy, dostaję „tabletki
szczęścia”. Nie widzę poprawy, odstawiam je na własną rękę. Teraz wiem, że
to był błąd. Jednak wtedy coraz mniej mnie wszystko obchodziło….odżywiam się
źle. Od dawna nie umiem jeść normalnie. Od czasów gimnazjum, kiedy pochłonięta
byłam sportem, trenowaniem, obozami, w głowie plątała mi się myśl, że muszę być
najlepsza. Że muszę pokazać na co mnie stać. Chcę, żeby mnie ktoś wreszcie
zauważył…Muszę być sprawna, muszę być szczupła. Zaczynam dojrzewać,
pojawiających się krągłości nie witam ze zbytnim entuzjazmem. Mimo to wciąż
jestem szczupła. Jednak w głowie ciągle mam przekonanie, że mogę być jeszcze
szczuplejsza. Tylko po co, jeżeli wg wszelkich norm i tak mam niedowagę? Nie
wiem, co wtedy myślałam. Nie pamiętam nawet dokładnie jak to wszystko się
zaczęło. Jednak wiem doskonale jak długo to się już za mną ciągnie. Jak wiele
swojego życia straciłam na przekonanie, że „jestem gorsza od innych”,
nie mając pojęcia, że są to jedynie moje zaburzone myśli, że rzeczywistość jest
inna. Że taki przekaz dostałam w domu, od ojca, dla którego nigdy tak na prawdę
nie istniałam. Wtedy, jako dziecko, nie docierało do mnie, że to nie ze mną
jest coś nie tak. Czego mogło być winne dziecko? Ja byłam jednak przekonana, że
jestem złem wcielonym. Ze zgrozą witałam myśli, że w zasadzie lepiej byłoby nie
żyć. Tylko…co wtedy…? Tak więc trzymałam swoją „dietę”, chociaż
tak naprawdę nigdy nie potrafiłam się odchudzać. Za wszelką cenę chciałam
pozostać szczupła i udawało mi się to. Czasami, kiedy miewałam lepsze chwile,
porzucałam myśli o trzymaniu rygoru, żyłam i jadłam jak „normalna”
dziewczyna. Jednak po jakimś czasie następował nawrót potrzeby sprawowania
kontroli nad swoim jedzeniem, by przypadkiem nie utracić kontroli nad życiem…(cdn)

(16)

Brak komentarzy

Wiele osób z anoreksją pisze, że podczas swojej wieloletniej terapii czy hospitalizacji udało im się otrzymać odpowiedź na pytanie „czym dla nich była anoreksja”, jakie funkcje miała spełniać w ich życiu. Czy ja się kiedyś tego dowiem? Czy doznam kiedyś „olśnienia”? Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy będę w stanie dojść do tego sama, przy pomocy mojej psycholog, czy potrzeba mi jakiejś długiej i żmudnej terapii, najlepiej pewnie psychodynamicznej, żeby zaspokoić wreszcie swoją potrzebę „odkrycia prawdy”? Nie chcę iść do szpitala, ale możliwe, że tylko tam będę miała szansę na przejście terapii z prawdziwego zdarzenia, której czuję, że bardzo potrzebuję. Jednocześnie mój stosunek do jedzenia uległ znacznej poprawie. Fizycznie jest ze mną dużo lepiej, nie ma potrzeby, żebym musiała być dodatkowo poddana szpitalnemu rygorowi jedzeniowemu. Jednak z moją psychiką wciąż nie jest dobrze. Wciąż bardzo cierpię. Odrzucenie choroby wiąże się z utratą tarczy ochronnej, której rolę pełniła anoreksja. Miała mnie ona ustrzec przed piętrzącymi się problemami, którym nie byłam i nie jestem w stanie sprostać…

Myślę intensywnie nad swoim życiem. Jestem gotowa o siebie zawalczyć i bardzo tego chcę. Chcę pokochać życie i ludzi wokół mnie. jak mówił pewien chłopiec z filmu „Podaj dalej”; życie jest już i tak wystarczająco do dupy…nie ma więc sensu, by je sobie dodatkowo uprzykrzać. Nie, nie chcę żadnych chudych nóg i oczu zawieszonych na mojej kościstej sylwetce. Jak już wspomniałam, to wszystko miało mnie tylko odciągnąć od prawdziwych problemów, których moje przerażone JA nie jest w stanie udźwignąć. Choroba mogła je tylko zasłonić na krótki czas. Ale one ciągle są. I nie znikną nigdy, dopóki nie stawię im czoła. Nie wiem, kiedy będę na to gotowa. Pewnie jeszcze trochę się pomęczę. Ale wiem już przynajmniej, że nie będę świadomie pakować się więcej w bagno zastępcze, jakim jest anoreksja.

Muszę sobie wszystko poukładać w głowie. Trzeba od czegoś zacząć, znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Boże, jak ja się boję…
Tak więc, od początku. Potrzebuję znaleźć odpowiedź na pytanie: kim jestem i do czego w życiu dążę. Te tak proste dla wielu ludzi pytania przysłaniają cały mój świat, nie dają mi spokoju i są powodem wielu bezsennych godzin w nocy. Żeby się dowiedzieć do czego dążę, w pierwszej kolejności potrzebuję odpowiedzieć sobie, chociaż po części, na to pierwsze pytanie: KIM JESTEM? I dalej, idąc wstecz, docieram do miejsca, gdzie zaczęła się moja historia, moje istnienie, do ludzi, którzy dali mi życie: do moich rodziców.
Dziś, odwiedzając ich w domu rodzinnym, a właściwie moją schorowaną mamę, uderzył mnie ogromny żal, że tak mało zdążyłam ją poznać. Kiedy jeszcze była dla mnie MATKĄ, ja nie czułam jakiejś szczególnej potrzeby bycia z nią w bliskiej relacji. Kiedy jednak powoli wchodziłam w wiek, w którym zaczęłam jej bardzo potrzebować okazało się, że jest bardzo chora i że nie jest w stanie dać mi tego, czego od niej potrzebuję wchodząc w dorosłe życie…Zostałam sama.

Mam potrzebę opowiedzenia w skrócie tej historii…(cdn)


  • RSS