chce-zyc blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2009

2 ostatnie dni wymęczyły mnie emocjonalnie. Chwilami było tak źle, że pierwszy raz od dłuższego czasu zaczęły się pojawiać myśli samobójcze. Jest to dla mnie dużym zaskoczeniem, ponieważ już dawno mnie nie niepokoiły. Od kiedy zaczęłam więcej jeść wydawało mi się, że teraz może być już tylko lepiej, czasami czułam się wręcz cudownie, pełna radości i energii do życia. Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że mogę z powrotem stoczyć się tak głęboko w dół…Wiele razy zapewniano mnie, że wychodzenie z choroby jest procesem niesamowicie trudnym, że czeka mnie wiele chwil załamania. Teraz jest to moja codzienność. Czasem, nie wiadomo skąd, przychodzi tak nagłe i silne zwątpienie, że trwanie przy życiu wydaje się być czystym masochizmem i szaleństwem. Potrafię sobie wyobrazić, że podobnie czuje się alkoholik czy narkoman na odtruciu. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby w moim życiu nie było M. Nie wiem nawet, czy mogłabym jeszcze zrobić cokolwiek. Tak naprawdę to on trzyma mnie przy tym życiu, daje mi nadzieję. On jest pierwszym, który podaje mi swoje ramię, żebym mogła się na nim podeprzeć. Ale potem iść już muszę sama…i to jest tak cholernie trudne! Czasami nie wiem co się ze mną dzieje. Mam ochotę wyć z rozpaczy. Moje emocje mnie przerastają. Mój mózg nie chce współpracować…Nic na to nie poradzę. Mogę jedynie czekać i mieć nadzieję, że coś się zmieni. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, że kiedyś będzie lepiej. Szczególnie w takich momentach, jak dziś i wczoraj, kiedy myślałam, że powoli dobiega mój koniec.
Zastanawiam się, czy osoby uważające się za pro-ana dopuszczają kiedykolwiek do siebie tego typu konsekwencje swoich obecnych poczynań…Czy zdają sobie sprawę z tego, że anoreksja nie doprowadzi do samouwielbienia tylko do pogardy i nienawiści do własnej osoby, beznadziei i pragnienia unicestwienia siebie? Anoreksja to CHOROBA! Chciałabym móc to wykrzyczeć na całe gardło i mieć pewność, że nigdy nie zechcę do niej powrócić.
Jest we mnie ogromnie dużo złości. Złości do ludzi, którzy powinni mnie swego czasu przekonać, że jestem ważna, kochana i piękna właśnie taka, jaka jestem. Że znaczę coś dla świata i że świat mnie potrzebuje, a przynajmniej nie potępia. Bo teraz sama muszę się tego uczyć, co czasami okazuje się wysiłkiem skazanym na porażkę. Boże, dlaczego ludzie tak bardzo krzywdzą własne dzieci? Dlaczego tak trudno jest je po prostu KOCHAĆ??? Pracuję nad wybaczeniem. Nie wiem tylko w jaki sposób będę wiedzieć, że rzeczywiście już wybaczyłam. Czy to oznacza brak negatywnych uczuć, czy wystarczy sama decyzja? Nie wiem. Bo w sumie już wiele razy wydawało mi się, że „wybaczyłam”. A jednak wciąż jest żal, bunt, złość. Jak się wybacza…?

No ale nic to. Tak właściwie nie o tym miała być ta notka. Chciałam pisać o ciele, o problemie z samoakceptacją. W każdym razie co się odwlecze…Jestem zmęczona poprzednim tygodniem, mam nadzieję, że jutro będzie trochę lepiej.
Chciałabym umieć zawsze patrzeć przed siebie.

Na początku chciałam podziękować za komentarze do poprzednich notek. Dobrze wiedzieć, że ktoś tu zagląda :)
 Moje życie toczy się jakby leniwie i z wolna, a jednocześnie dokonują się we mnie coraz intensywniejsze zmiany. Czuję, że odżywam. Jednocześnie mam nadzieję, że to już „po raz ostatni” będę przechodzić tę fazę ;) Bo przyznać muszę, że nie raz już miałam podobne zrywy ku zdrowiu, „ku wolności”. Dlatego to trwa już tyle lat…Mam nadzieję, że niebawem moim zadaniem będzie już tylko utrzymywanie się w dobrej kondycji i zdrowiu. Że nie będę musiała każdego dnia walczyć z psychicznymi skutkami anoreksji. Wiem, że jeszcze długa droga przede mną i na razie nie jest różowo. Ale już nie tak blado :)
W przeciągu niedługiego czasu miało miejsce wiele wydarzeń, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że dążenie do zdrowia jest jedyną drogą, którą mogę obrać. Gdybym kiedykolwiek zechciała powrócić do anoreksji…wolałabym już od razu odebrać sobie życie. Na myśl  o tym, co kiedyś przechodziłam…dostaję gęsiej skórki. Wciąż pytam siebie o to dlaczego ja sobie to zafundowałam? Dlaczego tak siebie karałam?…za co? Ale teraz po prostu cieszę się, że żyję. Bo mogłoby mnie tu już nie być. A ja tak na prawdę zawsze chciałam żyć. Chciałam żyć, ale nie tamtym życiem, nie swoim życiem, które było pasmem cierpień. Życie mnie fascynuje, mimo iż czasem jeszcze przeraża. Zawsze widziałam dla siebie wiele możliwości. Ale kiedy nieustannie żyje się w niezrozumiałym lęku, nie ważne jest to jak wiele dobrego może cię w życiu spotkać, liczy się tylko to, by wreszcie móc przestać się bać. Myślałam, że może znalazłam sposób…ale było tylko coraz gorzej. Nie chcę nigdy więcej do tego wracać! Boże, nie pozwól mi już doznać takiej rozpaczy.
W Święta spotkałam pewną ważną dla mnie osobę, której nie widziałam już bardzo długi czas. To, jak ważna ona była dla mnie swojego czasu potwierdziło wzruszenie, którego doznałam, gdy ją zobaczyłam. Zdarza się czasami to szczęście, że ma się w szkole ukochanego nauczyciela. Pani M. była jednym z nich. Hehe, ona sama tylko wie, ile ze mną przeszła! :) Muszę przyznać szczerze, że byłam raczej niepokorną nastolatką…(zresztą nic w tym dziwnego). Jej anielska cierpliwość i nietuzinkowe podejście do ludzi dały mi cień nadziei, że może jednak jestem osobą wartą czegokolwiek. Szkoda, że nigdy jej za to nie podziękowałam. Może będę jeszcze miała okazję.
Na ostatniej terapii poruszyłam kwestię hospitalizacji (której mam się poddać pod koniec czerwca). Od niedawna czuję jednak, że nie będzie ona konieczna. Nic nie jest w prawdzie przesądzone, ale coś mi mówi, że wakacje spędzę z moim M. gdzieś daleko w ciepłych krajach, niekoniecznie za murami dość przygnębiającego ośrodka dla nie umiejących jeść… ;) Terapeutka postawiła więc warunek dot. najniższej mojej wagi jaką mogę mieć do czasu teoretycznego przyjęcia. Zejście poniżej oznacza koniec terapii, więc faktycznie nie pozostanie mi nic innego, jak udać się do kliniki. Życzliwych proszę więc o trzymanie za mnie kciuków.

Ps. Zjadłam przed chwilą moje pierwsze tegoroczne truskawki!! W prawdzie nie ma porównania z tymi z sezonu, jednak razem z jogurtem naturalnym i cukrem wyszło istne niebooooo!
Życzę udanego piątkowego popołudnia! :)

Ostatni raz ważyłam się w święta. Nie muszę chyba mówić, że czułam się fatalnie (tak tak drogie „motylki”, w pewnym momencie żadna liczba ukazująca się na wadze nie będzie was już satysfakcjonować. Zawsze będzie za dużo. Zawsze będziecie za grube.  Nieustannie będzie was męczyć poczucie, że „zawiodłyście” siebie).  Następnego dnia rano anoreksja przemówiła całą swoją siłą. Tak jak pisałam wcześniej, byłam pewna, że wracam do niej. Było rano, idealny czas na rozpoczęcie dnia zieloną herbatą i uczczenie go głodówką. Byłam pełna szaleńczego wręcz entuzjazmu. Mam w d***e zdrowienie. Zdrowienie to bujda, gdyby było inaczej, nie miałabym takich myśli. Nie upadałabym tak często. Miałabym więcej determinacji…itede. Myślicie, że to byłam JA? Że podjęłam tę decyzję w pełni racjonalności własnego umysłu? Otóż nie! Gdy „wytrzeźwiałam” kilka godzin później, byłam przerażona. Przerażona tym, jak wciąż głośny i przekonujący jest we mnie JEJ głos. Na szczęście tego dnia nie podjęłam głodówki. Mimo wielu możliwości, nie ograniczałam też dziennej porcji. Jak więc uważacie, czy to była przegrana? Czy może jednak to ja wyszłam z tej szamotaniny zwycięsko? Ja znam odpowiedź. Zaręczam, że to, co zrobiłam potem było prawdziwym zwycięstwem. Że sprzeciwienie się anoreksji oznaczało wykazanie się prawdziwą siłą. Może wiele z was uważa (jeszcze) zupełnie inaczej. Może dla wielu z was wytrwanie w głodówce jest dowodem na istnienie tak upragnionej kontroli. ZAPEWNIAM, już wkrótce się to skończy. Ułuda kontroli jest powszechną sztuczką stosowaną przez anoreksję, by omotać jak najwięcej niepewnych siebie ofiar. Podoba wam się ta kontrola? Wydaje wam się, że dzięki temu cały świat staje dla was otworem, że nic już nie stanie wam na przeszkodzie? No więc NIESPODZIANKA! Zostałyście oszukane, uzależnione od złudzenia, a teraz świadomie dajecie się pociągać za sznurki. Mówię, że świadomie, bo doskonale zdajecie sobie sprawę, że anoreksja to śmierć a nie ideał/ kontrola czy czego tam jeszcze pragniecie.
Nie wstydzicie się tego, że jesteście tak żałośnie naiwne? Ja się wstydzę.

Dzieje się coś ważnego. Czuję, że nadchodzi jakiś przełom. Od kilku dni toczy się we mnie naprawdę zacięta walka między moją zaburzoną a zdrowszą częścią. Bodajże przedwczoraj byłam pewna, że z mojego zdrowienia nic nie wyjdzie. I powiem szczerze, że myśl tą przyjęłam z ulgą. Bo najgorsze w tym wszystkim jest ciągłe niezdecydowanie. Zdrowieć – nie zdrowieć. Chudnąć – tyć. (Prawda, że „wystarczyłoby” chcieć po prostu żyć?) Podejmując decyzję „dosyć walki z wiatrakami” mogłabym sobie znów spokojnie „popłynąć”. Ale znając moją determinację, na końcu spływu czekałaby mnie śmierć z wycieńczenia. Śmierć. Jaki człowiek jest w stanie zgotować sobie taki los? Jak to możliwe, że można aż tak cierpieć?? Wciąż tego nie pojmuję. Nigdy tego nie pojmę. Tego się nie da opisać słowami, to trzeba po prostu poczuć. Ale ja nie chcę tego czuć nigdy więcej. Anoreksja jest piekłem, przerażającym. Ale perfekcyjnie potrafi namotać w głowie osoby zaburzonej, wymazać jej z pamięci wszystkie koszmarne chwile, dopuszczając do świadomości jedynie uczucie euforii, które z czasem pojawia się już jedynie sporadycznie. Ale to wystarczy. Wydaje mi się, że pragnienie tej euforii porównać można do obezwładniającej potrzeby doznania fazy przez narkomana. Anorektyczka pragnie swojej „fazy”; poczucia siły i „nadludzkiej” wielkości. Przychodzi moment manii. Ale na prawdę krótki moment. Kilka chwil później wszystko jest już złudzeniem. A rzeczywistość nie toleruje złudzeń, szybko sprowadza na ziemię. Nie zostaje NIC. Tylko rozpacz i żałość. Anoreksja nie oferuje NICZEGO, anoreksja sieje jedynie spustoszenie, zarówno w ciele jak i w umyśle.
I ja jej już nie chcę. W jakiś sposób wciąż potrzebuję, ale nie chcę! Zbyt wiele czasu ze swojego młodego życia jej poświęciłam. Tak bardzo tego żałuję… :( Jednocześnie czuję paraliżujący strach przed „pustką”, która po niej pozostanie. Bo na pewno będzie mi czegoś brakować…W końcu stała się ona częścią mnie…Ale tłumaczę to sobie, że rak również jest częścią chorego, a jednocześnie by mógł on żyć, konieczne jest pozbycie się nowotworu.
Rozgrywa się więc we mnie wykańczająca wojna, jestem prawie cała pochłonięta myślami o tym, co się ze mną dzieje. Trudno mi się skupić na czymkolwiek innym, a życie przecież nie zatrzyma się specjalnie dla mnie, aż uda mi się zakończyć tę batalię. Mam nadzieję, że moje codzienne sprawy nie ucierpią na tym za wiele. Wychodzę jednak z założenia, że skoro tyle czasu zmarnowałam na zaburzenie jedzenia, które stało się centralnym elementem całego mojego jestestwa, to mogę go jeszcze trochę poświęcić na te dramatyczne i rozstrzygające chwile. Boże, dzięki Ci za weekend. Potrzebuję tych kilku dni dla siebie…

(11)

Brak komentarzy

NIE CHCĘ CIĘ ANOREKSJO!!!!!

Znalazłam to zdjęcie na stronie
http://antyproana.pinger.pl
i miałam ochotę żałośnie zapłakać…

…bo jedzenie jest radością. I potrzebą. Każde najmniejsze stworzenie o tym wie.

Jest ciężko. Bardzo ciężko.
Wiosna za oknem a w moim sercu zamieć śnieżna szarpie mną na wszystkie strony. Nie utrzymam się już dłużej na nogach…

Właśnie wstał nowy dzień, na na na naa..
To moja pierwsza notka o tej porze dnia :) Piszę ją, żeby dodać sobie otuchy, że dziś będzie lepiej. Think positive. Spróbuję. Nie, „spróbuję” jest złym słowem, poniewaz zakłada możliwość porażki. Tak więc dziś będzie lepiej, bo myślę pozytywnie. Mam władzę.
Przez ostatnie kilka dni wstawałam rano z myślą o tym, co będę jadła cały dzień. Dziś jest inaczej. NIE CHCĘ o tym myśleć.
Wczoraj na terapii zastanawiałyśmy się z I., co spowodowało to moje pochłanianie. Musi być jakis powód, musi być jakiś problem, który chcę „zajeść”. Nie doszłam do tego. Chociaż może jest to po prostu reakcja mojego przerażonego organizmu, który korzystając z okazji, chce „nadrobić” straty w obawie, że niedługo znów przyjdą „chude dni”… Doprowadziłam do tego, że nie panuję nad własnym ciałem, własnym organizmem.
Anoreksjo, gdzie jest ta kontrola, którą mi obiecałaś? Czyżbyś nie przywidziała tego, jak silny potrafi być instynkt samozachowawczy człowieka? Słyszę, jak wyjesz. Czuję, jak się miotasz w moim ciele. Tak bardzo jestem z tobą związana, że każdą komórką swojego ciała odczuwam twoją agonię. Ale nie jest mi ciebie żal. Jest mi żal mnie, że cię do siebie zaprosiłam…

A właśnie wstał nowy dzień…


(7) scared

Brak komentarzy

Jestem przerażona tym, co się ze mną dzieje. Nie mogę przestać jeść. Pochłaniam. Muszę powiedzieć stop. Jedzenie definitywnie przejęło nade mną kontrolę. Kiedy głoduję – rządzi mną anoreksja. Kiedy się opycham, rządzi mną jakaś nieokiełznana kompulsja. Mnie w tym wszystkim jest coraz mniej. Nie potrafię tego przerwać. Tracę tożsamość. Już nie wiem, kim jestem.

Czytając ostatnio jednego z moich ulubionych blogów poświęconych tematyce zaburzeń jedzenia, natknęłam sie na takie oto słowa:

I know from experience that sometimes when you really really struggle like this, you are actually breaking through to a point of healing and getting better. I hope that is what this is for you- the storm before sun rises.

Moje życie ostatnio tak właśnie wygląda. Czuję się jak trzcina miotana szalejącym sztormem. Cudem jakimś nie wyrwało mnie jeszcze z korzeniami. Czasami czuję, że się już duszę. To anoreksja trzyma mnie za gardło…Jestem juz straszliwie zmęczona tą nieustającą walką. Jednak jakimś cudem ciąglę jeszcze walczę. Jestem zdumiona, że jest we mnie wciąż tyle siły…Ten z góry ma do mnie bardzo wiele cierpliwości. Mimo, że tyle żali na Niego wylałam. On wciąż jest. I nie spisał mnie jeszcze na straty. To dzięki Niemu mam siłę wstać każdego dnia i odżywić własne ciało. Teraz widzę, jak wiele się już zmieniło. Na lepsze. Mimo, że wciąż jest bardzo trudno. Mimo to, zaczynam coraz jaśniej widzieć własną przyszłość. Wciąż jest ona jakby za lekka mgłą, ale już dostrzegam jej zarys. Przyszłość dla mnie istnieje. I może będzie mi w końcu dobrze…
Na koniec jeszcze jeden cytat, bardzo go lubię. Pasuje do dzisiejszej notki:

Don’t tell God how big your storm is

Tell the storm how big your God is



-pozdrawiam, Ig
a


  • RSS