chce-zyc blog

Twój nowy blog

Brak komentarzy

A życie płynie dalej
Nieprzerwanie

Wracam wspomnieniami do przeszłości
Jestem zupełnie inną osobą, a wciąż tak podobną

[73]

6 komentarzy
Sometimes the little things mean the most

Zdarzają się w życiu momenty, gdy ma się wrażenie, że umarł w nas stary człowiek, by narodzić mógł się nowy.

Antoni Kępiński

A ja wciąż niespokojnie wiercę się i czekam na moment, kiedy uwolnię się ze swego ciasnego kokona i stanę się sobą. Bo wciąż mało jest mnie we mnie. Za dużo niepewności, przeszłości, a-gdyby-tak…
Ciasno mi i coraz trudniej oddychać.
Jednak gdy już wylecę, czy na nowo odzyskana przestrzeń nie okaże się zbyt nieogarniona?
Za dużo wolności przytłacza. Momentami nawet bardziej, niż jej brak.

[71]

10 komentarzy

Długo się przymierzałam do napisania tej notki.
W moim życiu trochę zmian. 8 maja, w jedyny dość słoneczny dzień w przeciągu
całych tygodni ulew i wiatrów, powiedzieliśmy sobie z M. „tak”. I tak oto
zostałam żoną. Nigdy nie przypuszczałam, że „teń dzień” będzie AŻ TAK pięknym
dla mnie wydarzeniem. Podczas samej uroczystości byłam przejęta jak nigdy w
życiu. Prawdę mówiąc nie miałam pojęcia, że aż tak to wszystko przeżyję. Nigdy
nie byłam jedną z tych, które oczekują na swój ślub już jako małe dziewczynki, planując
go we wszystkich najdrobniejszych szczegółach, pragnąc by był to najpiękniejszy
dzień w ich życiu oraz obowiązkowo czuć się tego dnia jak księżniczka. Ja
wolałam mieć już wszystko za sobą. Dlatego, że obawiałam
się wielu rzeczy. Tego, czy moja mama będzie w stanie przyjechać na ślub (mama
jest półtora roku po wylwie, wciąż słaba, nie chodzi. 80% swojego dnia spędza
na leżąco. Nie było wiadomo, czy da radę usiedzieć tyle czasu na wózku), czy ze
wszystkim zdążymy, czy zjawią się goście, no i oczywiście pogoda…Tego dnia
właściwie martwiłam się o wszystko. Rano, przed wyjściem do fryzjera
uzmysłowiłam sobie, że…nie mam kwiatka do włosów. Roztrzepana podczas rozmowy
z florystką umówiłam się po odbiór kwiatów na dużo później. A przecież w
zestawie miał być właśnie ten cholerny kwiatek do włosów. Niby nic, ale
zestresowana tym, że od rana „nic mi się nie udaje”, fale łez wezbrały i
poryczałam się jak dziecko. Na szczęście M. wzorowo zachowywał zimną krew i
udał się po te kwiaty, przyniósł mi niedługo potem do fryzjerki. Zdawszy sobie
sprawę z infantylności takiego przeżywania każdej głupoty, udało mi się później
opanować emocje i nie doprowadzić do zwariowania/ omdlenia/ ucieczki sprzed
ołtarza na koniu (eee, to nie ta historia?).

Ślub był piękny. Błogosławił nam nasz dobry znajomy ojciec
dominikanin, po którym spodziewaliśmy się ciekawego kazania. Nie
rozczarowaliśmy się, nasi bliscy również. Oprawę muzyczną sprezentowała nam
schola dominikańska w postaci naszych znajomych oraz chór, w którym śpiewa M. W
trakcie trwania uroczystości gryzłam wargi, żeby powstrzymać się od szlochów,
bo niestety nie udało mi się ich powstrzymać, kiedy szliśmy do ołtarza :P Teraz
gdy sobie o tym przypomnę, uśmiecham się sama do siebie, wspominam to wszystko
z rozrzewnieniem. Byłam taka rozemocjonowana…Na szczęśnie nie było żadnych
gaf i wtop. Przysięga poszła gładko i bez przejęzyczeń (bo obowiązkowo była
nauczona, nie powtarzana za księdzem). A muszę się przyznać, że przed ślubem
prześledziłam wiele filmów na youtube o ślubnych wpadkach :D Chyba z jakichś
niewytłumaczalnych masochistycznych pobudek.

Ponad całą piękną ceremonię, cudne kwiaty i miłe przyjęcie
weselne, ponad to wszystko najważniejszy dla mnie i najbardziej wzruszający był
widok ludzi, którzy zjawili się na naszym ślubie. A w szczególności jednych z
najważniejszych dla mnie osób. Udało się być na ślubie mojej mamie. Nawet
została chwilę na przyjęciu. Były koleżanki z obu moich pobytów w szpitalu.
Była moja wychowawczyni razem z moją ukochaną nauczycielką polskiego z
gimnazjum. I była też Ona, moja psycholog. Moja kochana I., która składając nam
życzenia nie kryła dużego wzruszenia. Z moich poprzednich notek dobrze wiecie,
jak ważną była ona dla mnie osobą. To, że była ze mną w tym bardzo ważnym dla
mnie dniu jest dla mnie po prostu bezcenne. Nigdy tego nie zapomnę i do dziś
wspominam nieraz tę radość. Radość, która dodaje mi otuchy w gorszych chwilach.

Chciałabym móc napisać dziś, że „żyła długo i szczęśliwie,
pokonawszy wszystkie swoje demony”. Chciałabym, ale nie byłaby to prawda. Demony
wciąż są a ja staram się jak mogę, by nie pozwolić im urosnąć w siłę. Od
momentu rozstania z terapeutką nie szukałam nikogo innego. Nie jestem pewna,
czy jest mi dobrze tak, jak jest? Chyba nie do końca. Ale, czy kiedyś będzie
dobrze tak „do końca”? Czy to w ogóle możliwe?

[70]

1 komentarz

Kolejna sesja.
Ostatni egzamin.
WAKACJE!
Jeszcze tu wrócę. Muszę najpierw ogarnąć ‚teorie osobowości’ ;)

[69]

1 komentarz

Życie jest takie kruche….

Więc po prostu żyj!

[68]

5 komentarzy

Znów mi się popsuł szablon. Ale na szczęście ten już został naprawiony, więc here we are again (chociaż tamten zdążyłam już polubić :( ).
Wielkie zmiany zachodzą w moim życiu. Czuję to, z każdym dniem coraz bardziej. I chyba zaczynam się tego bać. Jestem od jakiegoś czasu właściwie oderwana od rzeczywistości, chociaż to, co się w niej zadziewa, regularnie i z impetem każe mi do niej powrócić. Ostatni miesiąc dzieli mnie od jednego z najważniejszych dni w moim życiu. 8 maja zostanę żoną. Wow. Ja – żoną. To wciąż nie mieści się w mojej zakręconej głowie. Będę to przeżywać jeszcze bardzo długi czas. Czasami myślę sobie, że to wszystko nie przytrafia się mnie. A jednak…POBUDKA!
Jednego pragnę w tym wszystkim najbardziej. Żeby mój mąż nigdy nie żałował tego, że jestem jego żoną. To piękny człowiek. Był ze mną w najgorszym…
Wciąż mam w głowie mnóstwo pytań. O to, co ja tak na prawdę chcę robić w życiu, a raczej do czego w ogóle się nadaję. Jest mi ciężko ze świadomością, że będę musiała odłożyć na dalszą przyszłość jakiegolwiek myślenie o kształceniu się do roli psychoterapeuty. Moi znajomi zaczynają się ukierunkowywać i robić coś w związku z tym. Chodzą na szkolenia, zaczynają praktyki. Nie umiem się już pocieszać myśleniem, że mam czas, że to dopiero 2 rok. Tak, tylko że ja mam 23 lata. Chcę wiedzieć, kim zamierzam być. Jak inaczej mogę robić cokolwiek w tym kierunku? Na studiach jest mi ciężko emocjonalnie. Szczególnie na treningach psychologicznych, nastawionych na otwartość, rozwój, aktualizację siebie. A ja…ja znów chciałabym się schować, zniknąć. Nie jestem gotowa…Nie wiem dlaczego tak się dzieje. Nie wiem skąd ten zastój. Najgorsze jest to, że nie mam już Jej, nie mam terapeutki, nie ma mnie kto „poprowadzić”. Albo przynajmniej pomóc w prowadzeniu się samej. Utnkęłam. Nie chcę wymagać od siebie za wiele, ale nie wiem też, czy to nie jest całkowite odpuszczenie sobie, folgowanie? Nie wiem, czy się poddaję, czy daję sobie czas, którego potrzebuję. Niczego o sobie nie wiem. Kiedy to się skończy…

I am small. And needy…

Witajcie po długiej przerwie! Tak jak w temacie, okres sesji minął, czuję się przecudnie i aż chce się żyć. Bardzo źle znoszę ten czas, kosztuje mnie to wszystko mnóstwo stresu, trudno mi podejść do tego z dystansem. Ale może tak lepiej? Przynajmniej nie muszę się potem martwić poprawkami ;)
Zadziwia mnie mój własny organizm. W czasie sesji pochłaniałam spore ilości jedzenia, w tym niekoniecznie zdrowego. Czekolada i żelki stały się moimi nieodzownymi towarzyszkami ;) A okazuje się, że wciąż mam problem z utrzymaniem wagi poszpitalnej. Nie dość, że nie tyję, to trudno mi właśnie utrzymać wagę, jedząc na prawdę spore ilości. Moja prywatna teoria mówi, że wchłanianie wiedzy ogranicza wchłanianie nadprogramowych kalorii do organizmu ;) Skłamałabym gdybym powiedziała, że mnie to nie cieszy…cieszy i to bardzo. To znaczy, że mój metabolizm jest całkiem sprawny. Ale pojawia się ambiwalencja. Obiektywnie rzecz biorąc powinnam jeszcze przybrać kilka kg. Moje BMI wciąż plasuje się poniżej 17,5.
Ale Bogiem a prawdą…jest mi dobrze tak, jak jest. Z jedzeniem jestem już w przyjaznych stosunkach. Z moją wagą…bywa różnie. Ale idę do przodu. Powoli. Nie chciałabym nagle zawrócić lub zboczyć ze ścieżki. Codziennie powtarzam sobie, że teraz już będzie tylko lepiej.
Czuję nadchodzącą wiosnę. Ogarnia mnie rozrzewnienie i radość na samą myśl o odpoczynku gdzieś na łonie przyrody, gdzieś w pięknym miejscu, bez pośpiechu. Już niedługo. Takie chwile cieszą. Takie chwile tworzą życie. Czy nie warto dla nich żyć?
Warto.

[66]

4 komentarzy


JEDZ!

:D

[65]

2 komentarzy

Czy
obawiałeś się kiedyś swojej psychicznej nadpobudliwości? Czy zdarzało Ci się
martwić zbytnią swoją wrażliwością, tym, że byle mały bodziec, z pozoru nic nie
znaczące wydarzenie potrafiło wyzwolić w Tobie fale szaleńczych emocji? Że
czasami nie potrafisz rozróżnić gdzie kończy się Twój strach a zaczyna
fascynacja , gdzie kończy nienawiść a zaczyna miłość? Jak często męczy Cię poczucie
egzystencjalnej pustki, absurdu
istnienia, odczuwanie cierpienia innych na drodze empatii ponad Twoje siły? Czy
to jest Ci bliskie? Pewnie nie raz męczyło Cię poczucie jakiegoś nieopisanego braku…swojego
niedopasowania do tego świata, tej epoki, kultury, tego miejsca na ziemi…do
życia?
Czasami to
wszystko było dla mnie tak nie do zniesienia, że wybawieniem wydawała się
śmierć…Jak długo można żyć we własnym, osobistym dramacie, który zdaje się nie
mieć końca? Jak się nie dać wykończyć przez….samego siebie? Przez własną
wrażliwość, przez jej nadmiar?
Bałam się.
Bałam się, że nie jestem normalna. Że nie dam rady. Wszyscy wokół są przecież
tacy…no właśnie. „normalni”. Co to właściwie dla mnie znaczy? Chyba chodzi o
tę stabilność, o jakąś łatwość dostosowywania się do zmieniającej się
rzeczywistości. Nie tylko tej zewnętrznej, ale również osobistej. Podążania bez
większych problemów prostą, wytyczoną ścieżką. (Czy to jest w ogóle możliwe?) Gładkie
przechodzenie przez kolejne etapy życia, tak, tego mi brakuje. A ja w związku z
tym każdą najmniejszą zmianę przeżywam jak koniec swojego małego świata. W
konsekwencji mój mały świat jest już kupą zgliszczy, z których trzeba będzie
teraz coś zbudować, posklejać…
Jak
wspomniałam w poprzedniej  notce, z „pomocą”
przyszedł mi pewien mądry człowiek, humanista, lekarz. Mowa tu o Kazimierzu
Dąbrowskim, twórcy Teorii Dezintegracji Pozytywnej. Powoli odzyskuję nadzieję
na radość z życia. W pierwszej kolejności potrzebuję jednak zaakceptować to,
jaka jestem i jak przeżywam ten świat. Bo tego nie zmienię. Ale być może
wkrótce będę się na prawdę cieszyć z tego, że tak jest :) A jestem niedojrzała.
Jestem infantylna i nadpobudliwa. Jestem niespokojna i depresyjna, rzadko kiedy
w pełni z czegoś zadowolona. Ale jestem w trakcie, w ruchu, w drodze. A tej
drodze na imię rozwój.
Termin
„dezintegracja” kojarzy się zapewne źle, jednak jako że jest to dezintegracja pozytywna, chaos i rozbicie, które mają
miejsce podczas fazy wcześniejszej, są warunkiem koniecznym dla rozwoju
psychicznego człowieka. Nie chcę wgłębiać się w długą teorię, generalnie
chodzi o to, że w rozwoju człowieka konieczna jest dezintegracja by następnie
przejść przez dezintegracje pozytywne cząstkowe, aż do pełnej integracji wtórnej. Dezintegracja
wiąże się z lękiem, bólem, sprzecznym uczuciami targającymi całym człowiekiem,
depresją i negacją zastałego porządku świata.
Wielu z
nas cierpi. Wielu z nas toczy w sobie walki często ponad swoje siły. Ale są to
walki twórcze, siły, które w końcowym efekcie pomogą nam stworzyć coraz wyższą
hierarchię rzeczywistości i wartości. Każdy z nas ma możliwość
wykorzystania tych sił, obrócenia ich w kierunku rozwoju a nie regresji. Z całą
swoją twórczą niedojrzałością :)
Dąbrowski
mówi, że wielu wybitnych twórców cechował psychiczny infantylizm. Byli to m.in.
Shelley, Chopin, Słowacki, Musset, van Gogh.
Dąbrowski
pisze „niski lub średni próg frustracji (czyli to, co ludzie odczuwają jako przejmowanie
się „byle czym”, „drobnostkami” – dop. ja) – wbrew ogólnie przyjętym poglądom – świadczy zazwyczaj
o bogactwie psychicznym, o dużej wrażliwości. Nie ma chyba prawdziwego uczucia
ani większych dzieł umysłu ludzkiego bez słabszego lub silniejszego związku z
depresją, stanami lękowymi czy obsesją. Wzmożona pobudliwość psychiczna, a
szczególnie wyobrażeniowa, uczuciowa i intelektualna, daje podstawę przeżywania
wielu poziomów i rodzajów rzeczywistości, w tym jej rozdziału na tę, która
jest, oraz na tę, która powinna być.” Dla mnie ten cytat jest bardzo ważny,
szczególnie jego ostatnia część. O podziale rzeczywistości na tę, która jest, i tę, która powinna być. Bo jeżeli czujemy się
nieszczęśliwi z jakiegoś powodu i doszukujemy się źródła tych nieszczęść w nas
samych, czasem lepiej jest pomyśleć, że to może wcale nie ze mną jest coś nie
tak – tylko ze światem.


  • RSS