Książka
Zobacz
Dodaj wpis


... 2011-09-19 21:15:36

damp.mornings@gmail.com

Pozdrawiam tych, którzy tu zaglądali :)

skomentuj (0)

[73] 2010-08-24 17:57:07

Sometimes the little things mean the most



skomentuj (6)

[72] Time goes by 2010-08-14 07:51:03

Zdarzają się w życiu momenty, gdy ma się wrażenie, że umarł w nas stary człowiek, by narodzić mógł się nowy.

Antoni Kępiński

A ja wciąż niespokojnie wiercę się i czekam na moment, kiedy uwolnię się ze swego ciasnego kokona i stanę się sobą. Bo wciąż mało jest mnie we mnie. Za dużo niepewności, przeszłości, a-gdyby-tak...
Ciasno mi i coraz trudniej oddychać.
Jednak gdy już wylecę, czy na nowo odzyskana przestrzeń nie okaże się zbyt nieogarniona?
Za dużo wolności przytłacza. Momentami nawet bardziej, niż jej brak.

skomentuj (8)

[71] 2010-07-04 22:46:58

Długo się przymierzałam do napisania tej notki.
W moim życiu trochę zmian. 8 maja, w jedyny dość słoneczny dzień w przeciągu całych tygodni ulew i wiatrów, powiedzieliśmy sobie z M. „tak”. I tak oto zostałam żoną. Nigdy nie przypuszczałam, że „teń dzień” będzie AŻ TAK pięknym dla mnie wydarzeniem. Podczas samej uroczystości byłam przejęta jak nigdy w życiu. Prawdę mówiąc nie miałam pojęcia, że aż tak to wszystko przeżyję. Nigdy nie byłam jedną z tych, które oczekują na swój ślub już jako małe dziewczynki, planując go we wszystkich najdrobniejszych szczegółach, pragnąc by był to najpiękniejszy dzień w ich życiu oraz obowiązkowo czuć się tego dnia jak księżniczka. Ja wolałam mieć już wszystko za sobą. Dlatego, że obawiałam się wielu rzeczy. Tego, czy moja mama będzie w stanie przyjechać na ślub (mama jest półtora roku po wylwie, wciąż słaba, nie chodzi. 80% swojego dnia spędza na leżąco. Nie było wiadomo, czy da radę usiedzieć tyle czasu na wózku), czy ze wszystkim zdążymy, czy zjawią się goście, no i oczywiście pogoda...Tego dnia właściwie martwiłam się o wszystko. Rano, przed wyjściem do fryzjera uzmysłowiłam sobie, że...nie mam kwiatka do włosów. Roztrzepana podczas rozmowy z florystką umówiłam się po odbiór kwiatów na dużo później. A przecież w zestawie miał być właśnie ten cholerny kwiatek do włosów. Niby nic, ale zestresowana tym, że od rana „nic mi się nie udaje”, fale łez wezbrały i poryczałam się jak dziecko. Na szczęście M. wzorowo zachowywał zimną krew i udał się po te kwiaty, przyniósł mi niedługo potem do fryzjerki. Zdawszy sobie sprawę z infantylności takiego przeżywania każdej głupoty, udało mi się później opanować emocje i nie doprowadzić do zwariowania/ omdlenia/ ucieczki sprzed ołtarza na koniu (eee, to nie ta historia?).

Ślub był piękny. Błogosławił nam nasz dobry znajomy ojciec dominikanin, po którym spodziewaliśmy się ciekawego kazania. Nie rozczarowaliśmy się, nasi bliscy również. Oprawę muzyczną sprezentowała nam schola dominikańska w postaci naszych znajomych oraz chór, w którym śpiewa M. W trakcie trwania uroczystości gryzłam wargi, żeby powstrzymać się od szlochów, bo niestety nie udało mi się ich powstrzymać, kiedy szliśmy do ołtarza :P Teraz gdy sobie o tym przypomnę, uśmiecham się sama do siebie, wspominam to wszystko z rozrzewnieniem. Byłam taka rozemocjonowana...Na szczęśnie nie było żadnych gaf i wtop. Przysięga poszła gładko i bez przejęzyczeń (bo obowiązkowo była nauczona, nie powtarzana za księdzem). A muszę się przyznać, że przed ślubem prześledziłam wiele filmów na youtube o ślubnych wpadkach :D Chyba z jakichś niewytłumaczalnych masochistycznych pobudek.

Ponad całą piękną ceremonię, cudne kwiaty i miłe przyjęcie weselne, ponad to wszystko najważniejszy dla mnie i najbardziej wzruszający był widok ludzi, którzy zjawili się na naszym ślubie. A w szczególności jednych z najważniejszych dla mnie osób. Udało się być na ślubie mojej mamie. Nawet została chwilę na przyjęciu. Były koleżanki z obu moich pobytów w szpitalu. Była moja wychowawczyni razem z moją ukochaną nauczycielką polskiego z gimnazjum. I była też Ona, moja psycholog. Moja kochana I., która składając nam życzenia nie kryła dużego wzruszenia. Z moich poprzednich notek dobrze wiecie, jak ważną była ona dla mnie osobą. To, że była ze mną w tym bardzo ważnym dla mnie dniu jest dla mnie po prostu bezcenne. Nigdy tego nie zapomnę i do dziś wspominam nieraz tę radość. Radość, która dodaje mi otuchy w gorszych chwilach.

Chciałabym móc napisać dziś, że „żyła długo i szczęśliwie, pokonawszy wszystkie swoje demony”. Chciałabym, ale nie byłaby to prawda. Demony wciąż są a ja staram się jak mogę, by nie pozwolić im urosnąć w siłę. Od momentu rozstania z terapeutką nie szukałam nikogo innego. Nie jestem pewna, czy jest mi dobrze tak, jak jest? Chyba nie do końca. Ale, czy kiedyś będzie dobrze tak „do końca”? Czy to w ogóle możliwe?

skomentuj (10)

[70] 2010-06-19 10:54:49

Kolejna sesja.
Ostatni egzamin.
WAKACJE!
Jeszcze tu wrócę. Muszę najpierw ogarnąć 'teorie osobowości' ;)

skomentuj (1)

Varia
Poza schematy

Anoreksji mówimy NIE!
Arielle moja inspiracja
Anoreksja - informacje
Ana Death - dowód na to, że z anoreksji da się wyjść
Blog anty pro-ana
2011
wrzesień
2010
sierpień
lipiec
czerwiec
kwiecień
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

Szablon zaprojektowała Claudia. Zdjęcie od Christine Amat. Fragment tekstu piosenki Barcelona - First Floor People.
Znajdź swoją unikalną Thecorację !